— Trzysta pistolów.
— To dobrze, można z tem na koniec świata zajechać; ruszaj więc.
D’Artagnan pożegnał pana de Tréville, który podał mu rękę, młodzieniec uścisnął ją z szacunkiem i wdzięcznością.
Odkąd przybył do Paryża, mógł tylko poszczycić się tym niezrównanym człowiekiem, którego w każdym wypadku znajdował zawsze zacnym, prawym i wielkim.
Najpierw udał się do Aramisa, a nie był u niego od owego pamiętnego wieczoru, kiedy śledził panią Bonacieux.
Co więcej, ile razy widział go odtąd, spostrzegał smutek głęboki, rozlany na jego obliczu.
Tego wieczora również Aramis siedział chmurny i zamyślony.
D’Artagnan zagadnął go o tę ponurą melancholję, lecz Aramis zwalał wszystko na komentarze nad osiemnastym rozdziałem świętego Augustyna, które napisać był zmuszony na tydzień następny i to, jak mówił, tak go wielce zajmowało.
Gdy rozmawiali już czas jakiś, wszedł służący pana de Tréville, niosąc papiery zapieczętowane.
— Cóż to takiego? — zapytał Aramis.