— Czy zobaczę cię jeszcze przed wyjazdem?
— Pewnie już nie, chybaby zaszło coś nowego...
— Zatem szczęśliwej drogi!
— Dziękuję panu.
I pożegnał Trévilla, więcej wzruszony, niż kiedykolwiek jego prawdziwie ojcowską pieczołowitością dla muszkieterów.
Zaszedł jeszcze do Athosa, Porthosa i Aramisa. Żaden z nich nie powrócił. Służących nie było także i nic nie wiedziano ani o jednych, ani o drugich.
Mógłby wprawdzie dowiedzieć się czegoś od ich kochanek, lecz nie znał damy Porthosa, a tem bardziej Aramisa; Athos zaś nie miał jej wcale.
Mijając koszary gwardyjskie, zajrzał do stajen: trzy konie już były na miejscu.
Planchet osłupiały czyścił je zgrzebłem.
— A! panie — odezwał się Planchet, zoczywszy d’Artagnana — jakże się cieszę, żem pana zobaczył!...