— No, mój drogi Athosie, otwórz mi, proszę, skoro sam pozostałem.
— Zaraz, zaraz, natychmiast!... — odparł Athos.
Wtedy rozległ się odgłos odrzucanych kolejno klepek, bali, które upadały z jękiem; była to barykada Athosa, którą oblężony własnoręcznie niweczył.
Po chwili, drzwi wypadły i ukazała się blada twarz Athosa, który szybkim rzutem oka zbadał otoczenie.
D’Artagnan rzucił mu się w objęcia i ściskał serdecznie; nakoniec miał go wyciągnąć z tej jamy wilgotnej.
Wtedy dopiero spostrzegł, że Athos chwieje się na nogach.
— Ranny jesteś?... — zapytał.
— Ja? uchowaj Boże!... pijany jestem, jak bela, nic więcej, a niema człowieka pod słońcem, któryby na to usilniej pracował. Jak Bóg żywy! gospodarzu mój! wypiłem na siebie samego sto pięćdziesiąt butelek chyba.
— Litości!... jeżeli choć połowę tego wypił pachołek, jestem zrujnowany.
— Grimaud jest sługą dobrego domu i nie poważyłby się przejmować moich zwyczajów. Pił prosto z beczki; patrz, zdaje mi się, że zapomniał wsadzić szpontu? Słyszycie? leje się!...