— To zgroza!... — wykrzyknął d’Artagnan — co ty mówisz?
— Prawdę!... Anioł był szatanem. Nieszczęsna dziewczyna była złodziejką.
— Cóż wtedy zrobił hrabia?
— Był wielkim panem, miał w dobrach swoich prawo życia i śmierci, podarł do reszty suknie hrabiny, związał jej ręce na plecach i powiesił na drzewie.
— O nieba!... Athosie!... — morderstwo!... — krzyknął d’Artagnan.
— Tak, morderstwo, nic więcej... — rzekł Athos blady, jak śmierć. — Ale wina nam braknie, jak mi się zdaje.
I porwał ostatnią butelkę za szyjkę, przyłożył do ust, wychylił duszkiem, jakby zwyczajny kieliszek.
Potem opuścił głowę na dłonie; d’Artagnan stał przed nim, przejęty grozą.
— Wyleczyło mnie to z kobiet pięknych, poetycznych i rozkochanych — rzekł, powstając, zaniechawszy w dalszym ciągu apologji hrabiego. — Daj ci Boże to samo! Pijmy!
— Umarła więc?... — wyjąkał d’Artagnan.