— Mówisz jednak, że jest Angielką?...
— Nazywają ją, milady, lecz może przecie być francuzką. A lord Winter nie jest jej bratem rodzonym, tylko szwagrem.
— D‘Artagnanie, muszę ją koniecznie zobaczyć!...
— Strzeż się, Athosie, strzeż się... chciałeś ją zabić kiedyś, pamiętaj, że zdolna ci zapłacić podobną monetą, tylko że ona nie chybi...
— Nie będzie śmiała, nie odezwie się, boby się zdradziła.
— Do wszystkiego jest zdolna!... Czy widziałeś ją kiedy w gniewie?
— Nie — odrzekł Athos.
— To dzikie zwierzę, tygrysica, pantera! Athosie, mój drogi! boję się, czy nie ściągałem na nas obydwóch nieszczęścia, czy nie rozdrażniłem, nie pobudziłem do zemsty tej kobiety okrutnej!
Opowiedział następnie wszystko: złość bezrozumną milady i jej pogróżki śmierci.
— Masz rację i, na mą duszę, widzę, że gra nie warta świeczki — rzekł Athos. — Szczęśliwie się zdarza, że pojutrze opuszczamy Paryż, idziemy, według wszelkiego prawdopodobieństwa, na Roszellę, a gdy wyruszymy w drogę...