Cztery strzały padły, jak jeden; czterech ludzi powaliło się na ziemię.
Zabębniono i mały oddział zbliżał się krokiem podwójnym.
Teraz strzały następowały już nie miarowe, lecz zawsze jednakowo celne.
Pomimo to roszelanie, jak gdyby wiedzieli o małej liczbie oblężonych, szli naprzód coraz prędzej.
Na trzy strzały dwóch ludzi padało, pozostali jednakże nie zwalniali kroku.
Nieprzyjaciół, gdy się dostali do stóp bastjonu, było jeszcze dwunastu do piętnastu; przyjęły ich strzały ostatnie, lecz nie powstrzymały wcale; skoczyli do fosy i chcieli wdzierać się na mury.
— Dalej, przyjaciele!.. — rzekł Athos — skończmy odrazu: do muru! do muru!
Wszyscy czterej z pomocą Grimauda jęli pchać kolbami muszkieterów kawał muru, który począł chwiać się od wiatru i, oderwawszy się od podstawy, spadł z łoskotem okrutnym do fosy: dał się słyszeć następnie jeden wielki okrzyk, chmura kurzu wzniosła się pod niebiosa i po wszystkiem...
— Czyżbyśmy ich zmiażdżyli co do nogi?... — odezwał się Athos.
— Na honor!... coś na to wygląda — rzekł d‘Artagnan.