— O! ona ciągle mówiła, że nie przyjedziesz, ja jednak nie traciłem nadziei, nie chciałam uciekać: o! jak dobrze zrobiłam, jak jestem szczęśliwa!
Na ten wyraz ona, Athos, który siedział spokojnie, zerwał się na nogi.
— Ona? co za ona? — zapytał d‘Artagnan.
— Moja towarzyszka, która z przyjaźni chciała mnie uchronić od prześladowania; ta sama która wzięła was za straż kardynalską i właśnie tylko co uciekła...
— Twoja towarzyszka! — zawołał d‘Artagnan, blednąc, jak płótno — o jakiej towarzyszce mówisz?
— O tej, której powóz stał przed bramą, która mówiła, że jest twoją przyjaciółką i że zwierzyłeś się jej ze wszystkiego.
— Jak ona się nazywa? — wołał d‘Artagnan! na Boga! czy znasz jej nazwisko?
— O! wiem, słyszałem, jak o niej mówiono, czekaj... to dziwne... o mój Boże!... ciemno mi przed oczami...
— Do mnie przyjaciele! do mnie! ręce jej lodowacieją — zawołał d‘Artagnan — mdleje, wielki Boże, straciła przytomność!...
Podczas gdy Porthos z całych sił wołał o pomoc, Aramis podbiegł do stołu po szklankę wody; zatrzymał się jednak; widząc straszną zmianę na twarzy Athosa, który, stojąc obok stołu, z włosem najeżonym, błędnym wzrokiem patrzył w jedną ze szklanek i zdawał się być pod wpływem podejrzeń okrutnych.