— Tak dobrze, jak i wy, panowie; byłem bowiem jednym z tych, którzy przytrzymali go w ogrodzie w Amiens, gdzie wprowadził mnie pan de Putange, koniuszy królowej. Byłem wówczas w seminarjum, i zdarzenie to, ze względu na króla, wydało mi się okrutne.
— Co nie przeszkodziłoby mi jednak — odezwał się d’Artagnan — gdybym wiedział, gdzie się znajduje książę de Buckingham, wziąć go za rękę i zaprowadzić do królowej, choćby tylko dlatego, ażeby kardynała doprowadzić do wściekłości; bo, panowie, naszym niezaprzeczonym, jedynym, wiekuistym nieprzyjacielem, jest tylko kardynał; i gdybyśmy w stanie byli wynaleźć sposób wypłatania mu figla potężnego, przyznaję, iż głowę własną chętnie bym za to oddał.
— I gospodarz ci mówił, d’Artagnanie — podjął Athos — że królowa przypuszcza, jakoby Buckingham zwabiony został fałszywem wezwaniem?
— Lęka się tego.
— Czekajcie! — odezwał się Aramis.
— Co takiego? — zapytał Porthos.
— Mówcie swoje, a ja postaram się przypomnieć sobie niektóre okoliczności.
— Jestem przekonany, — rzekł d’Artagnan — że porwanie kobiety, należącej do służby królowej, pozostaje w związku z wypadkami, o których mówimy, a może nawet i z obecnością pana de Buckingham w Paryżu.
— Nasz gaskończyk pełen jest pomysłów — rzekł z uwielbieniem Porthos.
— Bardzo go lubię słuchać — rzekł Athos.