Te miejsca igrzysk, gonitw, czasem boju,

Ileż wspomnień nam nie niosą!!

Tu ścinaliśmy osty, mokre ranną rosą,

Tam z białych główek strząsłszy zielone badyle,

Pletliśmy pół dnia łańcuch, który potrwał chwilę,

A tu straszna pokrzywa, tajona krzewiną

Ileż łez gorzkich nie była przyczyną!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ach, tak jest, miejsce urodzenia jest świętością dla serca, jest księgą, w której człowiek czyta aż do śmierci dzieje swojego szczęścia, bo dzieje lat dziecinnych. Sad za domem, ścieżka przez łąkę, kładka na strumyku, wszystko to rozdziały żywota oblanego światłem nieprzebranej miłości rodzicielskiej...

Im dalej ku krańcowi życia, tym bardziej ściska się w sobie przeszłość nasza. Lata, lat dziesiątki, stają się punktem, a nawet nie punktem, jeżeli z niej nic dotąd istniejącego nie pozostało. Jak błyskawica zgasła raz na zawsze. Ale wiek dziecinny leżyć zawsze będzie przed duszą, świeży, jaskrawy i równie rozległy, rozciąglejszy nawet i co do czasu, i co do miejsca, niż był w istocie. Wielkim zawsze w naszej pamięci pozostanie pokój, po którym harcowaliśmy na laskowych rumakach, wielką owa kaplica