— Git, git, panie Łapajko — odezwał się szyderczo pierwszy Tabor — wyglądasz pan jak przesmycki konsul. Pan podobno między nami się osiedla i ogród kupuje?
— A panu co do tego? — spytał groźnie Capenko.
— Nu, ja chciałby się tylko dowiedzieć, co pan teraz łapać będzie.
— Złapię ja ciebie naprzód za łeb, jeśli będziesz ciekawy! — krzyknął ex-gefreiter i tak gwałtownie przyskoczył do Tabora, że ten ledwie odbiedz zdołał. Poczekaj, jeszcze ja ciebie bez munduru z towarem w nocy upoluję!
W cichej, niemej walce dwu nieprzyjaciół był to drugi gwałtowny wybuch Capenki, prawie zadziwiający w jego łagodnym i miękim charakterze. I dzięki może właśnie temu wybuchowi, wszedł on do panny Hortensyi swobodniejszy i weselszy, niżby się po takiem spotkaniu spodziewać należało.
— No proszę mnie pochwalić, żem piękny — rzekł prawie wesoło.
Panna Hortensya spojrzała nań skrzywiona i bąknęła.
— Lepiej panu było w mundurze; w tem patrzysz pan na szewca.
— Aby tylko ładnego szewca, to mniejsza. No, panno Hortensyo, od dziś jestem wolny, trzeba nam pomyśleć o naszem gospodarstwie. Mam już dom, dwie krowy, troje prosiaków, dziesięć pni pszczół i ogród.
— Co to za gadanie — przecież z tego nie wyżyjemy.