— Nie rezonuj — oburknął się Józef — i idź do koni.
— Nie wiem co państwo na to powiedzą — mruknął Marcinek i oddalił się.
Przeszliśmy kwaśni na drugą stronę dworca, szukając Wilkołyskiego. Dostrzegłem go zdala, dającego przyciszonym głosem jakieś napomnienia młodemu chłopcu w poszarpanej liberyi furmańskiej.
— A pamiętaj, jak masz odpowiedzieć — rzekł do niego odchodząc.
Wysoka, barczysta jego postać rysowała się wspaniale na tle nocy, rozjaśnionej światłem kolejowej latarni. W ruchach, w podniesieniu głowy, w starannem ubraniu, znać było pana i człowieka, który nie potrzebował rozpierać tłumu kułakami dla wolnego przejścia, bo tłum sam przed nim się usuwał. Przy blasku dnia Wilkołyski mógł mieć lat czterdzieści, ale gdy pod cieniem wieczoru znikły lekkie zmarszczki i brodawki jego bladej, prawidłowej, czarnym wąsem ozdobionej twarzy, wyglądał na świeżo dojrzałego mężczyznę, który zaczął dopiero kosztować życia.
— Trzeba przyznać, że obywatel ten ma fason — rzekł Józef, odczuwający zawsze towarzyską wytworność.
— Dla krawców pociecha — wtrąciłem.
— Jesteście panowie — zawołał Wilkołyski — no, jedziemy! Grzegorzu, Grzegorzu!
— Co jaśnie pan każe? — odezwał się posługacz kolejowy.
— Kuferki nasze są już w powozie?