— Wszystkie.
— Zatem, siadajmy.
— Marcinek za nami! — krzyknął Józef i ruszyliśmy do stojącego w głębi pod drzewami powozu, który okazał się malutkim, starym, niemiłosiernie poturbowanem wolantem. Tłomoczki nasze zajęły całe jego wnętrze, z poprutych poduszek ceratowych sterczały grochowiny, a nadto podziurawione pudło chwiało się za najmniejszem dotknięciem. Na szczęście tę rozbitą skorupę miały ciągnąć dwa wysokie i chude konie, od których nie można było się spodziewać zbytniego zapału.
— A ty psubracie, czem przyjechałeś? — krzyknął na furmana Wilkołyski, założywszy binokle i przypatrzywszy się bacznie swemu ekwipażowi.
— Proszę jaśnie pana wszystkie cugowe oberwały się wczoraj z kantarów i jak wpadły na płoty, tak sobie het pościerały nogi.
— A nie mogłeś zaprządz do powozu?
— Kiedy jaśnie pani kazała po siebie przysłać, a kareta za ciężka.
— To furman! Cztery konie okaleczył i jakiś grat tu przywlókł. Przepraszam panów — rzekł zwracając się do nas — za tego gapia i za niewygodę, na jaką mimowolnie narazić was muszę.
— Jedźmy bryczką Gołębskiego — wtrąciłem, podsuwając najszczęśliwsze rozwiązanie komedyi.
— Tak źle jeszcze nie jest — odparł Wilkołyski — przelecimy szybko.