— Bogu, któryby mi dał tę przestrogę — zawołał szyderczo Bukowski — odpowiedziałbym: dlaczego mnie takim stworzyłeś? Cóż więc tobie mam odpowiedzieć?
— A więc szanowny Byronie pozostaje ci tylko pisać poezye.
Żart ten rozweselił mojego kolegę.
— Przeszkadza mi małe gdyby — odrzekł z uśmiechem. Tak nie znoszę jednostajności, że nie mógłbym związać dwu zgodnych z sobą końcówek. A przecież jest to konieczny warunek idealnej poezyi, chociaż rzeczywistość oddawna już u nas rymuje małpę z mędrcem i komara ze słoniem. Widzisz tam...
— Co takiego? — zapytałem po chwili, spojrzawszy na Bukowskiego, który nagle uciął i w jakiś punkt niemo się zapatrzył. Nawet nie zwrócił się do mnie.
— Co takiego? — rzekłem.
On ciągle milczał z utkwionym nieruchomo przed siebie wzrokiem. Byłbym prawdopodobnie nie odgadł właściwej przyczyny tego dziwnego zamilknięcia, gdybym przypadkowo nie zauważył zbliżającej się ku nam młodej kobiety, którą Bukowski przeprowadził poza siebie oślepionemi oczyma.
— Kto to?
— Nie wiem — odparł drażliwie — czy widziałeś tych dwu mężczyzn, którzy...
— Będę szczerszym od ciebie — przerwałem — widziałem tylko tę kobietę, która jest rzeczywiście tak piękną, że będąc Adamem, objadłbym dla niej wszystkie drzewa wiadomości złego i dobrego. Znasz ją?