— Nie, tylko spotykam często.
— I nie dowiedziałeś się nawet, jak się nazywa? Jutro ci powiem.
Bukowski drgnął i rzekł poważnie, kładąc nacisk na każde słowo.
— Nie mów mi o niej ani słowa, chociażbyś wszystko wiedział — proszę cię o to.
— Dlaczego? — spytałem zdziwiony.
Uśmiechnął się smutnie.
— Tajemnice w sercu ludzkiem nie są koszykiem wisien, któremiby można na deser częstować przyjaciół, dopóki jeść je zechcą. Poprzestań więc tymczasem na mojem życzeniu.
— Przepraszam cię — odrzekłem nieco zmieszany tą delikatną odprawą — rzeczywiście trudno częstować przyjaciół wiśniami, które są jeszcze tak zielone.
Zamilkliśmy obaj, prawdopodobnie myśląc o tem, czemby złagodzić ten rozdźwięk i pożegnać się jak najprędzej. Bukowski pierwszy odezwał się po chwili.
— Zabawny widok przedstawiają ludzie, z których jeden udeptawszy drugiego w odcisk, gniewa się, że udeptany z bólu nie syknął.