Dalej ku południowi zaczyna się sieć brunatnożółtych wód, zwanych czarnymi, aguas negras. Nad brzegami Atabapo, Temi, Tuamini i Río Negro zaznaliśmy spokoju, niemal szczęścia nieoczekiwanego. Rzeki te płyną, jak Orinoko, przez gęste lasy, ale nie ma tu wcale komarów ani krokodyli. Być może nie sprzyja niższa temperatura wody wylęganiu się larw komarzych albo też jej skład chemiczny.
Dziwne to i znane misjonarzem zjawisko, że rozmaite odmiany komarów latają z osobna, nie mieszając się, także w różnych godzinach dnia kłują inne owady. Zazwyczaj ma się kwadrans spokoju przed „wyruszeniem w pole”, jak powiadają misjonarze, nowego gatunku komarów. Po odwrocie jednej armii nie zaraz druga idzie w bój. Od pół do szóstej rano do piątej wieczór pełno w powietrzu moskitów. Na godzinę przed zachodem miejsce moskitów zajmują małe komary zwane tempraneros (które wcześnie wstają... temprano), gdyż widać je również o świcie. Latają one zaledwo66 półtorej godziny i znikają około siódmej, jak się tu powiada... po oddzwonieniu na Anioł Pański. Po kilkunastu minutach zaczynają kłuć zankudy, komary o długich nogach. Zankudo ma w ryjku kłującą ssawkę, która wywołuje dotkliwy ból, a bąble trwają przez kilka tygodni. Brzęczą podobnie do europejskich, tylko donośniej. Indianie rozróżniają podobno po „śpiewie” zankudy od tempranerów. Te ostatnie są owadami wieczorowymi, podczas kiedy zankudy to owady nocne, znikające o świcie.
Na innym miejscu tego dzieła wspomniałem o fakcie, że biali, urodzeni w ciepłych krajach, mogą chodzić bezkarnie boso po tej samej chacie, gdzie świeżo przybyłego Europejczyka obłażą pchły piaskowe, zwane nigua. Ledwo widoczne te owady zakopują się pod paznokcie i tam składają jaja, pęczniejąc do wielkości grochu. A więc nigua rozróżnia to, czego nie zdołała dotąd uczynić najskrupulatniejsza analiza chemiczna, to znaczy tkankę i krew Europejczyka i białego Kreola. Inaczej się rzecz ma z bąkami. Wbrew krążącym wieściom, owady te napastują zarówno czerwonoskórych, jak i białych, tylko skutki ukłucia są różne. Jadowita ciecz nie wywołuje nabrzmienia u Indianina, podczas gdy Europejczyk puchnie i cierpi przez kilka dni dotkliwie.
Zaobserwowałem nieraz, że czerwonoskórzy odczuwają ból równie jak biali, ale w mniejszym stopniu. W dzień, podczas wiosłowania biją się Indianie ustawicznie dłońmi po ciele, by spłoszyć owady, a to samo czynią podczas snu, w nocy, nie bacząc, że trafiają często w leżących obok towarzyszy. Przypomina to perską przypowiastkę o niedźwiedziu zabijającym muchę na czole uśpionego pana swego. W Maypures widziałem, jak młodzi Indianie, siedząc przy ogniu, drapali się wzajem po plecach kawałkami suchej kory. Kobiety indyjskie67 wydziobywały cienką kostką z każdej ranki po ukłuciu kroplę zakrzepłej krwi szpecącą skórę, a czyniły to z cierpliwością dla nas niepojętą. Jeden z najdzikszych szczepów nad Orinokiem, Otomakowie68, używają siatki przeciw komarom, którą tkają z włókna palmowego. Czerwonoskórzy z okolic Caracas zagrzebują się na sen w piasek. W niektórych wsiach nad rzeką Magdaleny namawiali nas Indianie, byśmy się kładli na tzw. plaza grande, przy kościele na skórach wołów, które tam spędzają zewsząd w wielkiej liczbie. W pobliżu trzody znajduje człowiek trochę spokoju od komarów. Indianie nad górnym Orinokiem i pod Casiquiare69, widząc, że Bonpland nie może z powodu tej plagi suszyć roślin, zapraszali go do swych hornitos, czyli „pieców”. Tak zwą oni małe schrony bez drzwi i okien, do których włazi się przez mały otwór, pełzając na brzuchu. Potem rozpala się ognisko z wilgotnych gałęzi, a wypędziwszy dymem komary, zatyka się wejście szczelnie. Nie ma tam wprawdzie moskitów, ale w norze tej oświetlonej dymiącą pochodnią z żywicy topolowej panuje straszne gorąco i zaduch. Bonpland zasuszył jednak w takich hornitach indyjskich setki roślin.
Śmiech zbiera, gdy się słyszy spory misjonarzy na temat wielkości i krwiożerczości moskitów różnych części rzeki. Odcięci od świata zabawiają się oni tym.
Żal mi cię, bracie — powiedział na odjezdnym misjonarz z okolicy katarakt do kolegi z Casiquiary — żal mi, że sam zostaniesz jak i ja w tym kraju tygrysów70 i małp. Ryb mamy znacznie mniej od was i większe tu upały, a jednak gdy idzie o moje moskity (mis moscas) to mogę się pochwalić, że mój jeden pokonałby twoje trzy z łatwością.
Sprawa komarów drobna to rzecz dla Europejczyka, świadczy jednak o tym, że maleńkie owady, posiadające odrobinę jadu w ssawce, mogą uniemożliwić życie człowiekowi na rozległych i żyznych przestrzeniach. Ogromną przeszkodą dla kultury są również w wielu okolicach podzwrotnikowych małe termity, czyli comeje71. Pożerają przeraźliwie wszystko, papier, tektury, pergamin, niwecząc całe archiwa i biblioteki. W licznych prowincjach hiszpańskiej Ameryki nie ma pisanego dokumentu starszego nad sto lat. Cóż się ma tedy stać z kulturą danego kraju i ludu, jeśli przeszłość nie będzie złączona z chwilą bieżącą i trzeba ponawiać walki i klęski, okupując tym na nowo doświadczenie?
W miarę zbliżania się do wyżyny Andów maleje ta plaga. Oddycha tam człowiek swobodnie świeżym powietrzem, a owady nie trapią go już dniem i nocą. Tam też termity nie zagrażają archiwom. Czterysta metrów nad morzem nie ma już komarów, a termit dosięga sześciuset. Ale Meksyk, Santa Fe de Bogota i Quito wolne są od owadów. Stamtąd promieniować będzie kiedyś kultura na przestrzenie nizinne i lesiste, zamieszkałe dziś przez szczepy, którym właśnie obfitość odbiera energię życiową.
Wodospad Maypures
Dnia 17 kwietnia po trzygodzinnym marszu dotarliśmy przed południem do naszej łodzi, w której pater Zea umieścił nasze instrumenty i mały zapas żywności, składający się z paru wiązek bananów, manioku i kurcząt.