Po kilku dniach pobytu w Atures, z wielką przyjemnością opuściliśmy tę miejscowość, gdzie termometr wskazuje za dnia 29, a w nocy 26 stopni Celsjusza. Sam upał nie dokuczał nam tyle, ile nieznośne podrażnienie skóry, które sprawiało, żeśmy nie dowierzali instrumentowi, sądząc, iż znaczy zbyt niską ciepłotę. Za dnia kąsały nas moskity i maleńkie zjadliwe jeje60, nocą zaś zankudy, wielkie jadowite komary, których się boją nawet tubylcy. Ręce nam puchły coraz to bardziej, a ustało to dopiero, gdyśmy dotarli do brzegów Temi. Różnymi sposobami bronią się tu ludzie przeciw tym małym owadom. Poczciwy misjonarz Bernardo Zea, który przez długie lata cierpiał z powodu komarów, zbudował sobie obok kościoła z pni palmowych rusztowanie, a na jego szczycie chatkę, gdzie można było swobodniej oddychać i gdzie też suszyłem rośliny wieczorami i pisywałem. Misjonarz uczynił spostrzeżenie, że komary najchętniej przebywają w dolnych warstwach powietrza, do wysokości 15 stóp nad ziemią. W Maypures nocują Indianie po wyspach, na środku rzeki, gdzie komary nie przylatują skutkiem pary przesycającej powietrze. Stwierdziłem też sam, że więcej ich przy brzegach niż pośrodku koryta, toteż znacznie mniej cierpi podróżny płynący z prądem, niż pod wodę61.
Trudno przyjdzie uwierzyć temu, kto nie żeglował po wielkich rzekach Ameryki tropikalnej, jak straszną plagą są te małe owadki, które w najżyźniejszych nieraz okolicach uniemożliwiają pobyt ludziom. Mimo nawyku do cierpienia i mimo zajęcia się obserwowanym przedmiotem, nie sposób sobie dać rady. Moskity, zankudo, jeje oraz tempranero62 pokrywają ciągle twarz i ręce, przebijają żądłami-ssawkami ubranie, włażą do ust, oczu i nosa, tak że co chwila wybucha się kaszlem, spluwa nieustannie i kicha raz po raz. Rozmowy o los moscos63 to stała rozrywka w misjach rozrzuconych po niezmierzonych lasach pobrzeży Orinoka. Ile razy spotka się dwu ludzi, pyta jeden drugiego:
— Jakże tam było w nocy z zankudami? Czy dużo było moskitów?
Przypomina to starodawną formułkę towarzyską Chińczyków, którzy pytali się wzajem rano:
— Vou to hou?
To znaczy: Czy cię bardzo niepokoiły tej nocy węże...
W okolicach Tuamini przekonałem się, że obok pytania indyjskiego64, pytanie chińskie również byłoby na miejscu.
Dolna warstwa powietrza aż do dwudziestu stóp przesycona jest wprost jadowitymi owadami. Patrząc pod słońce z jakiejś groty przy katarakcie, widzi się chmurę komarów to gęstniejącą, to znów rzadszą na chwilę. Nie ma chyba na świecie kraju, gdzie by człowiek znosił straszniejsze katusze, jak tu w porze deszczowej.
— Jakże dobrze musi być mieszkańcom księżyca! — powiedział do patra65 Gumilli pewien Indianin ze szczepu Saliva. — Jest tak piękny, jasny i pewnie nie dolatują tam moskity.
Naiwne te słowa cechują zapatrywanie dzikich Amerykanów na naszego satelitę. Jest on w ich oczach osiedlem niebian i przybytkiem wszelkiej obfitości. Gdy Eskimos, dla którego skarbem jest deska lub pień drzewa wyrzucone na jałowy brzeg, widzi na księżycu pokryte lasem równie, dostrzega na nim Indianin znad Orinoka puste sawanny, wolne od moskitów.