Rozdział II. Jakim sposobem niewiara mogła stać się ogólną i przeważną namiętnością Francuzów w XVIII w. i jaki wpływ wywarło to na rewolucję?
Od czasów wielkiego przewrotu XVI w., gdy duch badawczy wykonał usiłowanie oddzielenia prawdziwych tradycji chrześcijańskich od fałszywych, nie przestawały ukazywać się umysły, całkowicie je odrzucające. Ten sam duch badania, który w czasach Lutra142 zmusił kilka milionów katolików do opuszczenia kościoła, wyrywał corocznie pewną liczbę wiernych z łona chrześcijaństwa. W ogóle w XVIII wieku chrześcijaństwo straciło znaczną część panowania swego na całym lądzie Europy, lecz w większej części krajów ograniczano się do odrzucenia go, nie atakując. Niewiara rozpowszechniona była wśród panujących i umysłów przodowniczych, nie przenikając prawie do klas średnich i ludu.
Lecz we Francji działo się coś niezwykłego. Napadano tu na religię z jakąś zaciętością, nie usiłując na jej miejsce postawić czegoś innego; jednoczesne ukazanie się kilku znakomitych pisarzy, skłonnych do odrzucenia religii chrześcijańskiej, nie tłumaczy całkowicie tego zjawiska. Dlaczego pisarze ci zwrócili myśl wyłącznie w tę stronę? Dlaczego nie znaleźli przeciwników? Dlaczego tłum tak chciwie ich słuchał i z taką gotowością przyjmował ich naukę? Powodzenie ich tłumaczy się wyjątkowymi okolicznościami czasu i kraju. Duch wolterowski dawno się narodził, lecz sam Voltaire mógł królować tylko we Francji XVIII w.
Zaznaczmy przede wszystkim, że kościół we Francji nie był gorszy niż w innych krajach katolickich; przeciwnie, miał mniej wad i większą tolerancję niż gdzie indziej.
Przyczyn więc zaznaczonego faktu szukać należy nie tyle w stanie religii, ile w stanie społeczeństwa. Aby zrozumieć ten objaw, powinniśmy pamiętać o tym, co było powiedziane w poprzednim rozdziale, tj. że duch opozycji politycznej, wywołanej przez wady rządu, nie mogąc ujawnić się w czynie, ukrył się w literaturze, i że pisarze stali się rzeczywistymi wodzami tego stronnictwa, które zmierzało do obalenia instytucji społecznych i politycznych państwa. Zrozumiemy wówczas, że nie szło o to, czym kościół grzeszy jako instytucja religijna, lecz o to, w jakiej mierze staje na przeszkodzie do gotującej się rewolucji politycznej, w której głównymi pionierami byli pisarze.
Same zasady zarządu kościelnego były przeciwnością tych, które usiłowano wprowadzić do rządu cywilnego. Kościół opierał się głównie na tradycji: pisarze szerzyli pogardę dla wszelkich instytucji, spoczywających na poszanowaniu przeszłości; kościół przyznawał wyższą władzę ponad rozum indywidualny; pisarze odwoływali się tylko do niego; kościół spoczywał na hierarchii; pisarze dążyli do równości. Porozumienie mogłoby nastąpić jedynie wtedy, gdyby uznano, że społeczeństwo polityczne i społeczeństwo religijne różnią się istotnie i nie mogą się rządzić według tych samych zasad. Lecz XVIII w. daleki był od tej myśli; zdawało się więc, że dotrzeć do instytucji państwowych można było nie inaczej, jak burząc kościelne, które służyły im za wzór. Obok tego kościół był wówczas jedną z pierwszych potęg politycznych, a przy tym najbardziej nienawistną.
Prócz tych przyczyn ogólnych były specjalne, oddziałujące na pisarzy. Kościół był tą instytucją, która bezpośrednio była dla nich wroga, której specjalnym obowiązkiem było śledzić postęp myśli i poddawać cenzurze jej utwory. Broniąc wobec niego wolności myśli, literaci bronili własnej sprawy i zrywali przede wszystkim te więzy, które ich najwięcej krępowały. Obok tego kościół był najmniej obronną częścią tej twierdzy, którą atakowali. Potęga jego słabła w miarę wzrostu władzy królów; z roli pana przeszedł na stopień równości z rządami świeckimi, a następnie korzystał z ich protekcji. Odbywała się tu wymiana usług: rządy broniły kościoła siłą materialną, kościół popierał je swoją powagą.
Chociaż królowie francuscy nazywali się starszymi synami kościoła, kładli jednak w obronę kościoła nierównie mniej gorliwości niż w obronę własnych rządów. Ten zakaz połowiczny, zastosowany do nieprzyjaciół kościoła, nie osłabiał ich, lecz wzmacniał. Prześladowanie powolne a hałaśliwe skłaniało raczej do dalszej pracy literackiej, niż zniechęcało do niej.
„Przypuszcza pan”, pisał Diderot do Davida Hume’a143 w r. 1768, „że nasza nietolerancja lepiej sprzyja postępowi umysłowemu niż wasza wolność bezgraniczna; Holbach144, Helwecjusz145, Morellet146 i Suard147 sądzą inaczej”.
Jednak Szkot miał rację. Jako mieszkaniec kraju wolnego miał jego doświadczenie. Diderot sądził jak literat, Hume jak polityk.