Było w tej dziewczynie coś tak okropnego i słodkiego, jakiś bezwstyd tak osobliwie skojarzony ze współczuciem, że nie wiedziałem, co myśleć. Gdyby mnie ujęła za rękę na ulicy, wzdrygnąłbym się; ale wydawało mi się tak dziwne, aby istota — mniejsza o to kto — której nigdy w życiu nie widziałem, usiadła bez słowa i wieczerzała naprzeciw mnie ocierając mi łzy chustką, iż patrzałem w zdumieniu, oburzony i zachwycony zarazem. Słyszałem, iż szynkarz pyta jej, czy mnie zna; odpowiedziała twierdząco, prosząc, aby mnie zostawiono w spokoju. Niebawem gracze odeszli, szynkarz, zamknąwszy drzwi i okiennice, przeszedł do pokoju za sklepem, zostałem sam z dziewczyną.
Wszystko to stało się tak szybko, działałem pod wpływem tak dziwnego odruchu rozpaczy, iż zdawało mi się, że śnię; myśli moje szamotały się w jakimś labiryncie. Miałem uczucie, iż albo jestem szalony, albo też ulegam jakiejś nadprzyrodzonej mocy.
— Kto jesteś? — wykrzyknąłem nagle — czego chcesz ode mnie? skąd mnie znasz? kto ci kazał ocierać mi łzy? Czy to czynisz z rzemiosła, myślisz, że ja zechcę...? Nie tknę cię ani końcem palca. Co ty tu robisz? odpowiedz. Trzeba ci pieniędzy? Po czemu sprzedajesz litość, jaką mi okazujesz?
Wstałem i chciałem wyjść; ale czułem, że się zataczam. Oczy zaszły mi mgłą, owładnęła mną śmiertelna niemoc, osunąłem się na ławkę.
— Niedobrze panu — rzekła, ujmując mnie pod ramię — pił pan jak istne dziecko, nie wiedząc, co pan robi. Niech pan tak zostanie i zaczeka, aż nadjedzie jaka dorożka; powie mi pan, gdzie mieszka pańska mama, i każę pana odwieźć do domu, skoro naprawdę — dodała śmiejąc się — nie podobam się panu.
Podniosłem na nią oczy. Może omamiło mnie pijaństwo; nie wiem, czy źle widziałem wprzódy, czy też w tej chwili, ale spostrzegłem nagle w tej dziewce jakieś nieszczęsne podobieństwo do mej kochanki. Wrażenie to zmroziło mnie lodem. Bywają chwile, iż jakby jakiś dreszcz chwyta człowieka za włosy; ludzie prości powiadają, że to śmierć zagląda w oczy, ale w moje zajrzała nie śmierć.
To była choroba wieku lub raczej była nią ta dziewczyna; ona to, z tą wybladłą i drwiącą twarzą, z tym ochrypłem głosem, usiadła naprzeciw mnie w zaułku szynkowni.
Rozdział X
Z chwilą gdy spostrzegłem, iż ta kobieta podobna jest do mej kochanki, okropna, nieodparta myśl chwyciła się mego chorego mózgu, i wykonałem ją natychmiast.
W początkach naszej miłości luba zachodziła niekiedy ukradkiem do mnie. Było to wielkie święto dla mojej izdebki; zjawiały się kwiaty, ogień płonął radośnie, przyrządzałem smaczną wieczerzę; łóżko również stroiło się weselnie na przyjęcie oblubienicy. Często, siedząc na kanapie pod lustrem, przyglądałem się jej w owej milczącej godzinie, kiedy serca nasze mówiły do siebie. Patrzałem na nią, jak, podobna do wróżki Mab, zmienia w raj ten samotny zakątek, w którym tyle razy płakałem. Była tu: pośród tych książek, rozrzuconej odzieży, okaleczałych sprzętów, wśród tych czterech ścian tak smutnych: jakże słodko jaśniała w tej całej nędzy!