Ależ księże, jeżeli jest chora, dlaczegóż uwiadamia mnie o tym przez obcą osobę? Nie mieszka znów tak daleko i nie byłoby nieszczęścia, gdybym odbył tę drogę daremnie.
Ten sam gest z jego strony. Nie mogłem pojąć, co znaczy jego wizyta, a tym mniej zlecenie, jakie mu poruczono.
— Dobrze — odparłem — będę u pani Pierson jutro, wytłumaczy mi wszystko.
Znów zaczął się kręcić: „Pani Pierson powiedziała jeszcze... miał mi powiedzieć... podjął się...”
— Cóż wreszcie? — wykrzyknąłem zniecierpliwiony.
— Łaskawy pan jest bardzo nagły. Zdaje się, że pani Pierson jest dość poważnie chora; nie będzie mogła pana przyjąć cały tydzień.
Znów skłonił się i wyszedł.
Jasne było, że w tym tkwi jakaś tajemnica: albo pani Pierson nie chce mnie już widywać (i nie rozumiałem czemu), albo Merkanson wmieszał się z własnego popędu.
Odczekałem dzień; nazajutrz, rano już, znalazłem się u drzwi Brygidy. Służąca oświadczyła mi, iż w istocie pani jest bardzo chora; mimo nalegań nie chciała ani przyjąć pieniędzy, które jej wciskałem, ani słuchać pytań.
Wracając, spotkałem w alei Merkansona; otoczony był dziatwą uczęszczającą na lekcje do proboszcza. Przerwałem mu jakiś wykład i poprosiłem o dwa słowa.