Udał się za mną; tym razem mnie się język plątał, nie wiedziałem bowiem, jak wziąć się do rzeczy, aby zeń wydobyć tajemnicę.

— Księże — rzekłem — błagam, abyś mi powiedział, czy to, co mi rzekłeś wczoraj, było prawdą, czy też kryje się coś innego na dnie. Poza tym iż nie ma w okolicy lekarza, któremu by można zaufać, mam niezmiernie ważne przyczyny, aby się dowiedzieć istotnej prawdy.

Bronił się na wszystkie sposoby, utrzymując, iż pani Pierson jest chora; co do niego, nie wie nic, prócz tego, iż wysłała poń i dała mu to zlecenie. Tak, wśród rozmowy, zaszliśmy dość daleko, w odludne miejsce. Widząc, iż na nic się nie zdadzą podstęp ani prośba, zwróciłem się nagle i chwyciłem go za ramiona.

— Co to ma znaczyć? Czy chce pan użyć gwałtu?

— Nie, ale chcę, aby ksiądz mówił szczerze.

— Pogróżek się nie ulęknę, a powiedziałem to, com był powinien.

— To, co ksiądz powinien, a nie to, co wie. Pani Pierson nie jest chora; wiem, jestem pewny.

— Na jakiej podstawie?

— Służąca mi powiedziała. Dlaczego broni mi wstępu i to za pośrednictwem pana?

Przechodził jakiś wieśniak.