Estera podnosi jego głowę i przygląda mu się szeroko otwartymi oczami, z uśmiechem na twarzy. Twardymi, cienkimi wargami nieprzywykłymi do całowania, wyciska z niego łzy, które nagle polały mu się z oczu.
Długo przyglądają się sobie nawzajem, po czym raptem wybuchają śmiechem.
Promiennym, dziecinnym śmiechem, który wszystkie koszmarne sny obraca ku dobremu.
*
— Chodź Szmulu, pokażę ci coś pięknego!
— Nie chodź Estero po mokrej łące!
— Nic mi nie będzie!
I na matowosrebrzystej łące jej stopy wytyczają świeżą zieloną ścieżkę. Szmul razem z Kurtą podążają za nią. Ze strachem patrzy, jak ożywiona i rześka lekko zbiega do rzeczki, jak przebiera nogami po rozkołysanych deskach kładki.
— Ostrożnie, Esterko!
Ona zaś umyślnie rozhuśtuje cienkie deski kładki wiszącej nad złocistą wodą. Odwraca ku niemu głowę i śmieje się: