— Czyj ty jesteś, Boże stworzenie?
— To mój pies. Nazywa się Kurta.
W drzwiach, które otworzyły się bezszelestnie, stoi Estera. Ma na sobie jasny poranny szlafroczek — kimono. Na strudzonej twarzy błąka się uśmiech. Pod zapłakanymi oczami wisi noc.
Pies tak raptownie rzuca się do jej nóg, że słychać trzask jego kości po zderzeniu z podłogą.
Szmul pokornie oczekuje od Estery wybaczenia za wczorajszą ucieczkę. Czeka na chwilę, kiedy poda mu rękę. I wreszcie jej mała, smagła dłoń wyślizguje się z rękawa japońskiego kimona. Szmul łaknąco chwyta ją i przyciska do swego serca. Jest przy niej już tak blisko, że czuje ciepło jej ciała. Z przyjemnością czuje, jak jej palce rozczesują jego twarde włosy. Głaszcze go tak, jak on przed chwilą pieścił jej psa.
— Myślałam, że już więcej do mnie nie przyjdziesz.
Płaczliwy dźwięk tych słów wywołuje ciarki na ciele Szmula. Stojąc z głową pochyloną ku jej okrągłemu ciału, wyczuwa przez cienki materiał kimona ciepłą jego nagość.
Boi się Szmul, żeby ciężar jego głowy nie wyrządził krzywdy Esterze. Chce cofnąć głowę, ale ona trzyma ją mocno w swoich ciepłych ramionach.
— Już siwiejesz, Szmulku, siwiejesz...
— O matko moja!