— Żegnaj! Pokój z tobą!

I rusza tam, gdzie czeka na nią Awner z koniem. Lecz kiedy w ciszy i skupieniu stawia stopę na podstawioną rękę Awnera, aby dosiąść konia, z górzystej ścieżki rozlega się wołanie pełne żalu:

— Siostro! Siostro!

To Sulamit pędem zbiega z góry. I płomienie włosów złocistych obejmują całą jej głowę.

— Siostro! Siostro! Wybacz.

Podbiega do królowej. Pada przed nią na kolana. Obejmuje jej nogi.

— Wybacz, siostro! Jestem grzeszna i bracia moi mają rację. Myślę tylko o sobie... Nie, nie zostawię cię na pastwę smutku. Daj mi te perły. Włożę je na siebie i niechaj wyzdrowieją. Oby to ci pomogło. Za moją i ich sprawą.

A kiedy włożyła blade perły na smagłą szyję, dreszcze przeszywały jej ciało. Błaga królową:

— Tylko uważaj siostro, aby wysłany przez ciebie sługa nie spóźnił się. Zaklinam cię na twoją miłość. Uważaj, abym z twego powodu własnego szczęścia nie utraciła.

Królowa uścisnęła ją i pocałowała w czoło. Rozwiała jej obawy i utwierdziła w przekonaniu, że wszystko będzie w najlepszym porządku. I stary Awner położył na złocistopłomiennej głowie Sulamit swoją upierścienioną dłoń i pobłogosławił znakiem Boga-Słońca, znakiem Boga panującego w jego kraju. Starzec i królowa odjechali. A kiedy znaleźli się już w dolinie, obejrzeli się za siebie. Na szczycie najwyższej skały stała Sulamit. Stała i patrzyła na nich. Jedną ręką przytrzymywała perły na piersi, drugą osłaniała oczy przed rażącym słońcem. A głowa jej świeciła blaskiem promienistym. I wydawało się, że to światło aureoli, że sama Szechina2 na niej spoczywa.