— Doprawdy nie mogę. Dziś o świcie pożegnałam mego miłego. Za trzy dni znowu do mnie przyjdzie. Jakże pokażę mu się z cudzym klejnotem na piersi? Jestem przecież zwykłą strażniczką winnicy, a mój najdroższy jest pastuchem. Twoje perły gotowe rzucić cień wstydu na nasze ubóstwo. Mogą doprowadzić do zerwania naszych serdecznych uczuć.

Królowa zaczyna prosić. Całuje ją i błaga. Sulamit odwzajemnia pocałunki, ale jest nieugięta.

Wtedy królowa rzecze:

— Popatrz tylko, siostro! Masz bardzo dużo szczęścia i nie chcesz podzielić się ze mną najmniejszą jego cząstką.

Sulamit jednak pilnuje swego szczęścia.

— Mój miły może mnie zapytać: skąd masz te perły? Co ja mu na to odpowiem? Czy uwierzy mi? Mój najdroższy z całą pewnością pomyśli: to chyba przebrana królowa. Przestanie mnie wtedy kochać. Zrozum, za trzy dni ma do mnie przyjść w nocy.

— Dlatego też przyślę do ciebie umyślnego, aby odebrał perły, zanim twój kochanek zdąży przyjść. Tobie już wtedy nie będą potrzebne, a mnie się właśnie przydadzą.

— A jeśli się spóźnisz? A jeśli zapomnisz? A co będzie, jeśli moje szczęście zawiśnie nad przepaścią? I co się stanie, jeśli mój wybrany opuści mnie dla innej kobiety?

Sulamit ma oczy suche. Tylko dreszcze nią wstrząsają, kiedy mówi. A każde jej słowo jest jak łza ognista. Kiedy spada na serce, wypala w nim otwór.

Królowa wstaje i cichym, obojętnym, chłodnym tonem powiada: