— Jakie tam czary? To po prostu jego osobowość. On sam we własnej osobie. On, delikatny, głęboko myślący, a zarazem szyderca. On ze swoją brodą, obramowaną czarnymi lokami, niczym dwoma ramionami otchłani. Z kolczykami w uszach, jak dwa nowo narodzone księżyce. A białka jego oczu są niby z niebieskiej porcelany. A wargi jego z najszlachetniejszej są purpury. On, mędrzec, który kąpie się codziennie w winie i uciechach. On, który bawi się w pałacu przesyconym aromatem wonnych korzeni. On, który złotym piórem na pergaminie napisał, że życie to marność nad marnościami.

Tak, w istocie. On mnie oczarował. On zdobył moje serce. I to bez żadnego trudu, bez najmniejszego wysiłku. Bez jednej zmarszczki na czole rozwiązał wszystkie moje zagadki. Owe trudne zagadki, które przywiozłam z mego dalekiego kraju. Jednym drwiącym uśmiechem wystawił na pośmiewisko dzieło długich lat pracy mędrców mej ojczyzny. Jak dziecko, które stłukło drogocenny przedmiot i nie zdaje sobie sprawy z rozmiarów szkody, tak on, bawiąc się, złamał moje serce. Bawiąc się, poniżył moją godność i zranił dumę. A ja? Com ja wtedy uczyniła? Nic. Byłam całkiem oszołomiona.

Stałam i podtrzymując ręką suknię, myślałam jedynie o jednym: aby tylko nie zamoczyć jej w wilgotnym gruncie. Byłam pewna, że stąpam po wodzie. W istocie było to zwyczajne szkło. Co za wstyd! A rozpustny wzrok Salomona spoczywał przez cały czas na moich obnażonych nogach. Jakby myślał, że właśnie chciałam je pokazać. Co za hańba! Ależ nie! Po stokroć nie! Nie jestem jedną z jego licznych żon. Nie! W żadnym wypadku! Moje ciało jest piękniejsze. Moje ciało jest apetyczniejsze. Jest bardziej gibkie. I szlachetniejsze też jest moje serce. O wiele szlachetniejsze niż serce tej czarnej córki faraona, dla której zbudował pałac. Moja stara, moja kochana mamko, czy widziałaś kiedyś ten pałac?

Raptem królowa przerwała. Zza kotary namiotu doszły ją bowiem słowa pijackiej pieśni. Jakiś pijak starczym ochrypłym głosem śpiewał:

Wino Salomona jest drogie.

Wino Salomona jest dobre.

Płonie we mnie ogień.

Kipi we mnie krew.

Cicho! Sza! Już idzie. Nadchodzi ten pijak...

Mamka niecierpliwym ruchem rozsunęła kotarę. Jej duża twarz zapłonęła jak miedziana w promieniach zachodzącego słońca. A w głębi namiotu w niemym skupieniu siedzi królowa Saby. Jej postać majaczy niewyraźnie, jak wyśniony cień trwający w oczekiwaniu.