I Sulamit, gnana szyderczym śmiechem wesołej kompanii, rzuca się ku jakiejś kryjówce.

— Ewa! Ewa!

Z nowego ukrycia słyszy, jak jeden z szyderców woła zachęcająco:

— Poszukajmy jej!

A drugi natychmiast dodaje:

— Przysiągłbym, że to była mała Sulamitka. Ta ruda Sulamit z winnicy przy drodze prowadzącej do Gilad. Nie na próżno przebąkują, że... a tam w mieście w winiarni siedzą w tej chwili jej bracia ze swatem i narzeczonym. Cha, cha, cha! Budują zamki na lodzie.

— Cha, cha, cha! No to chodźmy do nich. Zaniesiemy im wesołą nowinę.

Usłyszawszy wzmiankę o braciach, Sulamit zapomina o wstydzie i cierpieniu. Ogarniają strach. Rzuca się do ucieczki. Biegnie przez ciasne, kręte, wijące się pod sklepieniami zaułki i uliczki w niżej położonej dzielnicy miasta.

I wydaje się jej, że kręte uliczki pochwyciły ją w swoje ramiona i chcą zadusić. A za oponami zwisającymi na drzwiach tu i ówdzie błyska światło. Gdzieniegdzie słychać dźwięki muzyki. Właśnie gdzieś tam bęben przekomarza się z fletem. W innym znów miejscu tłumiona wrzawa wylewa się aż na ulicę. Wszystko to dochodzi z winiarni i kręgów tanecznych. Po schodach, które są zarazem uliczkami, wspina się Sulamit w górę. Pędzi wciąż dalej i dalej. Dopóki stęchły zapach ryb i wina nie pozostaje daleko za nią. Dopóki w jej płuca nie wdziera się prąd świeżego powietrza.

Tymczasem ulice stają się coraz szersze i szersze. Domy coraz wyższe. Opony coraz bogatsze. I Sulamit biegnie dalej.