Za chwilę już pierścień obrzydliwych twarzy otacza Sulamit. A twarze wykrzywiają się w jeszcze obrzydliwszych uśmiechach. W świetle pochodni i blasku księżyca wyglądają wprost upiornie. Z ust otaczających ją strażników bije zapach skwaśniałego wina.

A dziewczyna wciąż kręci się i miota w otaczającym ją kole niczym łania schwytana przez myśliwych. Ze wszystkich sił stara się przytrzymać narzutę osłaniającą jej ciało. Dopiero kiedy płótno zaczyna się rwać w rękach napastników, Sulamit wydaje z siebie dziki i święty zarazem krzyk rozpaczy. Krzyk, który napawa przerażeniem jej prześladowców. I nim strażnicy zdążyli ochłonąć, Sulamit znika. Narzuta zostaje im w rękach.

Cha, cha, cha. Potężny śmiech odbija się dalekim echem w uszach dziewczyny. Leży teraz skulona w szczelinie miedzy dwiema ścianami. Nie ma pojęcia, w jaki sposób znalazła się tutaj. Zaczyna się rozglądać i powoli ogarnia wzrokiem, oblany światłem księżyca, pusty w tej chwili, plac targowy.

— Gdzie jesteście, o córy Jerozolimy? — suchy płacz rozdziera jej serce. — Chcę się wam poskarżyć. Ludzie mnie obrazili.

Sulamit nie zdaje sobie sprawy, że nie jest to właściwa pora na skargi. Jest późno. Córy Jerozolimy pogrążone są w słodkim śnie.

I nagle zamiera w niej serce. Spostrzega swego miłego. Oto właśnie przechadza się w otoczeniu wesołej kompanii po placu targowym. Poznała go natychmiast po wysmukłej sylwetce. Poznała jego kształtną figurę i dumny chód. I niepomna swojej nagości wybiegła z ukrycia, chwyciła za połę płaszcza.

Chodź! Idźmy do domu mojej matki. Wejdźmy do tej, która mnie urodziła. Już dłużej nie mogę ukrywać mojej miłości.

Zgrabny młodzieniec odwraca się gwałtownym ruchem. Jest na poły przerażony, na poły ubawiony.

— Kto ty jesteś, niewiasto w stroju Ewy?

Nieszczęście! Pomyłka! To wcale nie jej luby.