Król zmierzył go spojrzeniem, w którym błyskał zimny ogień diamentu.

— A co z miłością bliźniego?

Minister wzruszył ramionami:

— Mnie życie nauczyło sprawiedliwości, a nie miłości.

I powiedziawszy to jeszcze raz wzruszył ramionami i rozkaszlał się. Żyły na skroniach nabrzmiały mu krwią. Pot oblał czoło. Dreszcze przebiegały po ciele. Z trudem udało mu się wypluć flegmę. Była czerwona. Wreszcie złapał oddech. Król nalał wodę do kubka i podał mu. Posadził potem na otomanie i zabronił mówić. Sam zaś coraz szerzej otwierał serce przed ministrem. Dokładnie opowiedział mu o swoich wczorajszych pijackich wyczynach.

— Kto wie — żalił się — do kogo uśmiechnie się szczęście i uda mu się otworzyć skarbiec. Kto wie, w czyje ręce wpadnie moja córka. Twój ojciec, tak, twój ojciec, kowal, wyrządził mi krzywdę. Za mocne wykuł te drzwi.

Chory minister przymknął na chwilę oczy i słabym głosem powiedział:

— Mój ojciec miał na względzie twoje dobro.

— Dobrze, ale co z tego wynikło?

I zapomniawszy o tym, że minister jest chorym i słabym człowiekiem, mocno potrząsnął jego ramieniem.