— Wybacz mi, człowieku! Przeze mnie przemawiał nie król, ale ojciec córki.

Minister nie dał się zbyt szybko uspokoić. Nerwowymi krokami zaczął przemierzać pokój.

— Zastanów się, królu — rzekł — nad tym, co powiedziałeś. Chcesz, żebym zmienił publicznie dane przez ciebie słowo? Chcesz, żebym wynalazł fałszywą interpretację twej obietnicy? A przecież na twoim słowie opierają się rządy całym krajem. Co chcesz uczynić z prawa? Bezprawie?

Zauważywszy leżące na stole złote monety, minister wpadł nagle w złość. Chudą ręką zaczął je z hukiem strącać na podłogę. Podniesionym głosem zawołał:

— Daruję sobie twoje zaszczyty! Nie chcę twoich apanaży! Nie chcę być twoim ministrem! Nie życzę sobie!

— Przestań krzyczeć, stary!

Słowa ministra nieco oburzyły króla. Znowu usiadł na otomanie i obracając w rękach tabakierkę, powiedział:

— A swoich uczciwie zarobionych pieniędzy nie rozsypuj. Będziesz teraz musiał wleźć pod stół, żeby je pozbierać. Przyznaję, że wymknęły mi się te słowa, rzuciłem je bezmyślnie. Moja wina. Po raz ostatni pytam cię: co ma zrobić nieszczęśliwy ojciec?

Minister zatrzymał się na środku pokoju. Otarł pot z czoła i powoli się uspokajał. Pomyślawszy długą chwilę, znalazł odpowiednio wyważone słowa:

— Jest wyjście, wasza królewska mość. Należy czym prędzej otworzyć skarbiec, nim zrobi to ktoś niepożądany.