— Mój drogi przyjacielu! Ta chwila nie zostanie zapomniana. Zostanie wpisana do złotej księgi. Obdarzyłeś mnie szczęściem. Jestem twoim dłużnikiem. Sowicie cię wynagrodzę. Obdarzę beczkami złota. Cały twój domek wypełnię złotem. Sprowadzę do ciebie najlepszych lekarzy. Zobaczysz...

Minister jednak zdążył w tym czasie odsunąć się od króla. Plecy miał już wyprostowane. Szara twarz nie wyglądała już tak strasznie, jak przed chwilą. Z niewiarygodną w jego stanie siłą odrzucił od siebie ciężki, długi, złoty klucz. Stał z ręką opartą na szabli.

— Wasza królewska mość! Moje serce nie pragnie litości. I złoto nie jest mi drogie. Żeby wykuć ten złoty klucz, wydałem cały mój majątek. I wcale tego nie żałuję. Nie potrzebuję bogactwa. A jeśli chodzi o moją wierność dla ciebie, to ma ona swoją miarę. Tą miarą jest prawo. Jeśli to, co zrobiłem, ma dla ciebie wartość, to wiedz, że nie oczekuję od ciebie darów. Żądam od ciebie tylko obiecanej zapłaty.

Na te słowa król podniósł rękę z otwartą dłonią. Miało to znaczyć, że zapłata będzie hojna. Przyjaznym głosem powiedział:

— O, mój dumny człowieku! Pozostałeś wierny samemu sobie, ty jesteś żywym uosobieniem prawa. Sam wyznacz sobie zapłatę.

Minister odstąpił od króla jeszcze o krok i jeszcze wyżej podniósł głowę. Czarny płaszcz spadł mu z ramion. Przed królem stał teraz wysoki, smukły młody rycerz. Przemówił nieoczekiwanie bardzo mocnym głosem:

— Żądam jednej tylko rzeczy. Żądam, żeby jego królewska mość dotrzymał danego słowa.

Słowa ministra zaskoczyły króla. Nie wierzył własnym uszom. Zapytał:

— O jakie słowo ci chodzi?

— O to słowo, które zostało przez kronikarza zapisane na pergaminie w złotej księdze i przez ciebie pieczęcią uwierzytelnione. Każ przynieść księgę.