Przygotowania do wesela szły już pełną parą. Na wieżach i basztach zamku, we wszystkich oknach powiewały niebieskie flagi ze złotymi lwami. I w mieście, nad bramami kamienic, w miejscach, gdzie wiatr nie miał dostępu, kołysały się sennie. Z balkonów zwisały ciężkie dywany zdobne w żywe kwiaty. Na drodze prowadzącej do miasta, przy wzniesionej z okazji ślubu bramie kwiatowej, stały ustawione w rzędy piękne dziewczęta z wieńcami na głowach. Z podziwem patrzyły na szlachetnie urodzonych gości, którzy z dostojeństwem i dumą przejeżdżali na spienionych koniach przez bramę. W blasku słońca i kwiatów, w złotych pancerzach przy dźwiękach fanfar, które zdawało się, chcą rozerwać błękit nieba, powoli kierowali się w stronę zamku. Patrząc z zazdrością na owych rycerzy, miejskie dziewczęta odczuwały słodki smak zemsty za to, że żaden z nich nie dostanie córki króla za żonę.
Na twarzach przybywającej młodzieży rycerskiej malował się złośliwy, nie pozbawiony niezdrowej ciekawości uśmieszek. Oto wkrótce zobaczą piękną królewnę stojącą pod ślubnym baldachimem u boku brzydkiego starca, syna prostego kowala.
W wieczór poprzedzający dzień ślubu minister wraz z królem i królewną zamknęli się w jednym z bocznych pokoi zamku, daleko od weselnego harmideru. Jutro, od samego rana, miały przestać pracować urzędy w królestwie. Z tego powodu skrupulatny minister starał się w trybie przyśpieszonym omówić z królem wszystkie zaległe, skomplikowane sprawy państwowe. Obecny był także marszałek dworu, z posiwiałymi skrońmi. Król od czasu do czasu polecał mu:
— Zapisz to!
Głęboko osadzone oczy ministra częściej niż zwykle wpatrywały się w królewnę, która dostrzegała w nich wielkie uczucie. Kiedy żegnali się, narzeczony całując ją w rękę trochę dłużej zatrzymał swoje drżące usta na koniuszkach jej palców. A królewna położyła swą drugą dłoń na jego głowie i po raz pierwszy ją pogładziła.
Bocznymi drzwiami, żeby przed czasem nie spotkać się z gośćmi, narzeczony po cichu wymknął się z pałacu.
*
Wzeszło słońce. Po całonocnej pracy minister podniósł się z ojcowskiego krzesła i podszedł do okna. W ciągu nocy dokonał obrachunku z własnym sumieniem. Stwierdził, że nieraz miewał chwile słabości, że często jego odwaga wystawiana była na ciężką próbę. Zawsze jednak udawało mu się wyjść z tej próby obronną ręką. Całość swego życia podsumował w sposób chłodny i obiektywny. Tak, jak przystało na ministra sprawiedliwości. Odniósł wrażenie, że dotychczas Bóg zwlekał z uczestniczeniem w jego radosnym święcie. Dlatego teraz, wynagrodził go z okazji ślubu pięknym, jasnym rankiem.
Ulice były jeszcze puste. Nawet flagi wiszące nad bramami wyglądały jak pogrążone we śnie. W pewnej chwili, od strony zamku doszły dźwięki fanfar. Kwiatowa brama witała już pierwszych gości.
Na rogu uliczki, przy której stał dom narzeczonego, pojawiła się wesoła kompania ze śpiewem na ustach. Byli to miejscowi czeladnicy, którzy grając na cytrze, śpiewając i pogwizdując, przemaszerowali ku miastu. Wesoła kompania trochę za wcześnie zaczęła świętować.