Kiedy wizyta dobiegła końca i konkurent ucałowawszy koniuszki palców królewny wyszedł na dziedziniec, żeby wsiąść do karety i odjechać, król z górnego okna odprowadzał go wzrokiem. Chciał zobaczyć, jak też chory i słaby człowiek da sobie radę z wsiadaniem do dworskiej karety. Z daleka wydawał się całkiem zdrowym i nawet zgrabnym mężczyzną. Pewnie wsiadł do karety, co widząc król rzekł do siebie:
— Wcale nie jest taki brzydki, jak ludzie sobie go wyobrażają.
— Jego choroba jest uleczalna — rozległ się głos za plecami króla. Szybko się odwrócił, żeby zobaczyć, kto to powiedział. Przed nim stała córka, która również patrzyła na wsiadającego do karety.
Były to jej pierwsze słowa do ojca od czasu niesławnej uczty. Jej blada marmurowo-martwa twarz nagle ożyła. Promieniała światłem. Rozkwitła jak róża. Istny cud! Jak go wytłumaczyć? Jedna jest na to odpowiedź: „W całej tej sprawie tkwi palec Boży! Boska to, a nie ludzka rzecz!”.
Od tego momentu utwierdził się w przekonaniu, że jest dłużnikiem swego przyszłego zięcia. Roztoczył więc nad nim troskliwą opiekę. Sprowadził najlepszych lekarzy. Stan zdrowia ministra się poprawił. Zaczął coraz lepiej wyglądać. Do swoich obowiązków służbowych przystąpił ze zdwojoną energią. Przestępcy w kraju nie zaznali ani chwili spokoju. Minister sprawiedliwości tępił ich za najmniejsze naruszenie prawa. Opinia o jego skąpstwie poszła w niepamięć. Teraz zaczęły się mnożyć opowieści sławiące dobroczynność tego dostojnika. Oto, na przykład, spłacił dług zaciągnięty przez biedną wdowę i w ten sposób uratował ją od więzienia. Zajął się opuszczonymi sierotami, postarawszy się dla nich o dobrze płatną pracę. Nie groził im już głód i zejście na złą drogę. Spotkawszy raz na drodze ubogiego, jak on sam chudego i wysokiego wędrowca, wsadził go do karety i zawiózł do swego domu. Tam nakarmił go, napoił i ubrał w nowe szaty. Stare łachy wędrowca zatrzymał u siebie.
Kiedy wszystkie te pochwalne opowieści dotarły od uszu ministra, gorzko się uśmiechnął i powiedział: „Człowiek może samemu sobie więcej zła wyrządzić niż dobra drugiemu”.
Minister stał się coraz milej widzianym gościem w pałacu króla, który zaczął powierzać mu najskrytsze tajemnice państwowe i radził się we wszystkich najważniejszych sprawach. Narzeczona witała go zawsze miłym i przyjaznym uśmiechem. Takim, jakim się wita bardzo bliską osobę. Kiedy poprawiała mu żabot, który w swoim roztargnieniu zawsze źle wkładał, wyglądała niemal jak jego rówieśnica. Różnica wieku jakby się zatarła. Królewnę martwiło, że mimo to twarz narzeczonego nie objawiała śladu radości. Była jak skamieniała w smutku maska. Boleśnie przeżywała, że nie odkrywa przez nią swego serca. Jednak w głębi duszy, kobiecą intuicją czuła, że ją kocha i to miłością bezgraniczną. Nie potrzebowała słów. Czytała to w jego oczach. Wiedziała, że na taką miłość nie stać było nikogo z młodych rycerzy.
Pewnego dnia, przeglądając się w lustrze, dostrzegła na swoim czole pierwszą zmarszczkę. Taką pozostawioną przez przeżyte zmartwienie, której nie da się już wygładzić ani zasłonić diademem.
I ta zmarszczka sprawiła jej radość. Smutnawą nieco radość. Taką, która przystoi narzeczonej człowieka typu ministra. Ta zmarszczka była jej pierwszym dla niego prezentem. Po głębszym namyśle doszła do wniosku, że prawdziwymi darami nie są błyskotki ze złota.
Narzeczony dostrzegł w tej zmarszczce właściwy sens. Zrozumiał, że dziewczyna ofiarowuje mu najcenniejszy prezent. I jego oczy jeszcze wyraźniej wyrażały miłość. Tylko twarz mu się nie zmieniła. Nadal nie było na niej najmniejszego śladu radości, choć dzień ślubu się i zbliżał. I dzień ten miał już swoje „imię” — jutro.