I z godnością podał ministrowi rękę na potwierdzenie swoich słów. Minister ściskając rękę króla zgiął się nisko w ukłonie. Nagle wśród ciszy, która znowu zapanowała, rozległ się przeciągły, głośny szloch kobiecy. Widocznie gorzka wieść o człowieku, który otworzył skarbiec, dotarła już do królewny.
Na dole w mieście nikt nie spał. Wszyscy mieszkańcy wylegli na ulice i ze zdumieniem wpatrywali się w stojący na górze zamek. Zadawali sobie nawzajem pytanie: Dlaczego okna zamku są oświetlone? Dlaczego zaróżowione niebo nad zamkiem drga niczym niesamowity olbrzymi nocny ptak?
*
Wieść, że chorowity minister jest zaręczony z córką króla, rozniosła się szybko po kraju i poza jego granicami, budząc wszędzie zdumienie. Starzy ludzie twierdzili, że w całej tej dziwnej sprawie tkwi przyczyna o znaczeniu państwowym. Dlatego nie można i nawet nie należy publicznie nad nią dyskutować.
Ludzie w średnim wieku znacząco się uśmiechali i całą rzecz ujęli filozoficznie:
— Nie uroda zdobi człowieka. Świat należy do mądrych.
Tylko młodzi odważyli się mówić, że minister rzucił na króla czary i po prostu go oszukał. Oni od dawna podejrzewali, że w domu ministra na bocznej uliczce dzieje się coś tajemniczego.
Starsi ludzie kpili, twierdząc, że przemawia przez nich zazdrość. Ministra uważali wprawdzie za skąpca i zbyt surowego stróża prawa, ale nie chcieli uwierzyć, żeby on, prześladowca oszustów, sam dopuścił się nieuczciwości.
Mijały tygodnie i zainteresowanie ludzi zaczęło słabnąć. Stopniowo przyzwyczajali się do myśli o tak nierównym związku małżeńskim. Sam król zdołał się przemóc i zaprosił do pałacu narzeczonego. Starał się okazać mu życzliwość i przyjaźń. Minister zjawił się w pałacu ubrany w eleganckie szaty, uszyte według fasonu ustalonego przez krawców dworu. Miał na sobie aksamitny strój, bez ozdób. Szaroblond bródka była porządnie przystrzyżona, wąsy podkręcone do góry. Jednym słowem, prezentował się jak prawdziwy rycerz. A i wygląd miał zdrowszy niż poprzednio i chociaż skóra na jego kościach policzkowych była nieco zaczerwieniona, zdawał się krzepki. Zachowywał się z godnością, taktownie i skromnie. Zupełnie nie tak, jak człowiek, który dopiero co wyprostował swój zgięty kark. Z szacunkiem ucałował palce ręki podanej mu przez bladą narzeczoną na przywitanie. W pewnej chwili ukląkł przed nią z ręką opartą na szabli. Nie okazał przy tym wszystkim ani radości, ani dumy. Z jego oczu osadzonych głęboko pod wysokim czołem wyzierał smutek zastarzałego bólu.
Król w milczeniu spoglądał na swego przyszłego zięcia. Odniósł wrażenie, że ministrowi wcale nie chodzi o własne, osobiste szczęście, ale o to, żeby słowo króla zostało dotrzymane, żeby się nie zhańbiło. Stwierdził też, że narzeczony zachowuje się wobec jego córki nie tylko po rycersku, ale też roztropnie. Mądrze prowadzi z nią rozmowę. W toku żywej, interesującej dyskusji kamienna twarz córki powoli łagodnieje i ożywia się. Wzrok jej coraz częściej zatrzymuje się ze zrozumieniem, powagą i bez nienawiści na wysokim czole chorowitego narzeczonego. Zdziwiony zmianą, która zaszła w córce, król zaczął się jej bardziej wnikliwie przyglądać. I oto po raz pierwszy od dnia nieszczęsnej uczty zauważył na jej twarzy błysk uśmiechu. A uśmiech ten podobny był do słonecznego promienia, który przebiwszy się przez ciemne chmury nagle rozjaśnił szary świat. Serce króla przepełniła radość. Kto mógł przewidzieć, że tak się stanie? Już nie miał za złe ministrowi, że stał się wbrew jego woli narzeczonym królewny.