W nędznym pokoiku, w medresie9 przy ulicy Więziennej Hasan Tuwim starannie ukrywał przed ludźmi szczęście, które go tak nieoczekiwanie spotkało. Wolał radować się cieniami wieczoru. Nie wypada, a nawet wstyd obnosić się ze swoim szczęściem przed ludźmi. Zresztą, czy którekolwiek z dzieci Adama jest naprawdę szczęśliwe? I kto w pełni na to zasłużył? I czy on sam jest tym prawdziwym wybrańcem losu? Czy wart jest tego szczęścia, które nagle się do niego uśmiechnęło? Czy przeżyte lata uzasadniają je?
Z obawą i lękiem zabrał się do analizowania całej swojej przeszłości. Sięgnął pamięcią do lat najwcześniejszych aż po po ostatnio przeżyte. Przywołał wczesną młodość. Ten okres rozpostarł się przed nim w sposób jasny i klarowny. Był czysty jak pogodne niebo. Jakby upłynął w cieniu płaszcza proroka. Nie znajdował na nim najmniejszej plamy. Czy sam szukał szczęścia? Nie! To szczęście jego szukało i znalazło. Szczęście zaprzęgło się samo do jego rydwanu. Ono wyciągnęło go z miłego acz nędznego pokoiku, w którym z przyjemnością pykał fajkę nargile, otrzymaną po dziadku.
W tym pokoiku starzy mędrcy prowadzili z nim uczone, serdeczne rozmowy. Dyskutowali przy szeleście pergaminowych kart ksiąg, do których wertowania przyzwyczajone były już jego delikatne palce. Także oczy umiejętnie i niezmordowanie odczytywały spisane teksty. Niespodziany blask szczęścia, które spadło na niego, zaczyna napawać go strachem. Tron kalifa z ciężkiego jest złota, a oczy Simly, jego jedynej córki, płoną pod welonem jak siedem słońc naraz. Jej chód, lekki i zwinny, przypomina krok łani, jest płynny jak pieśń.
Błogosławiona bądź nocy, że w twoich ramionach człowiek może schować się ze swoim szczęściem przed ludźmi. Ty zaś śnie, bądź podwójnie błogosławiony, gdyż pod twoim tchnieniem człowiek zapomina o swoim szczęściu i uwalnia się od złotych ciężarów.
We śnie Hasan Tuwim zapomniał o tym, co go spotkało.
*
A oto sen narzeczonego:
— W ciasnej celi więziennej siedzi młodzieniec. Bladość jego twarzy przypomina biały piasek na pustyni. Zamknięte oczy przypominają szczelnie zasypane źródło. Włosy na głowie i brodzie — istna wełna wielbłądzia. Raz po raz uderza ręką w brudną podłogę i kołysząc się na skrzyżowanych pod siedzeniem nogach cicho śpiewa piosenkę. Jest to piosenka o życiu, które pozostało za więziennym murem, o błękitnym niebie, poćwiartowanym przez kraty, o zielonej gałązce — jego sąsiadce, która przez owe kraty do niego zagląda. Sama zresztą jest więźniem przykutym do wyschniętej, ogołoconej ziemi na więziennym dziedzińcu. Młodzieniec otworzył oczy — widać w nich zapowiedź śmierci. Został bowiem skazany wyrokiem sądu na śmierć za fałszerstwo. Jest widzący i ślepy zarazem. Piosenkę śpiewa głosem schorowanego dziecka, które nie ma już ani łez, ani sił.
I oto coś się wydarza: strumień młodej gorącej krwi zalewa nagle jego serce. Budzi się w nim świadomość:
— To śmierć! To już śmierć!