A dziewczyna z rodu Lewiego stała przed wysokim tronem króla i uśmiechała się delikatnie, po matczynemu.
— Zrozumiałam, królu, że pragniesz mego śpiewu, więc spraw, żebym została śpiewaczką na twoim dworze. Będę ci wiernie służyła. W chwilach dla ciebie radosnych będę opiewała twoją wielkość, w smutnych mój śpiew wygładzi ci zmarszczki na czole. W chwilach zwątpień, które często cię ogarniają, postaram się zanucić takie pieśni, które posłużą twemu sercu za most prowadzący do Bożego świata. Kiedy zaś duch twój niczym rączy koń będzie pędził nad przepaściami, ja podążę za nim. Z pieśnią na ustach będę podążała, aż uda mi się spowolnić jego niebezpieczny bieg. Aż uda mi się zamienić jego dziki pęd w spokojny rytm regularnego tańca, którym przy wtórze harf i bębnów oddaje się cześć Bogu. Temu Bogu, któremu ty składasz ofiary.
I dziewczyna z rodu Lewiego padła na twarz przed tronem króla, niczym snop w polu podczas burzy i rzekła:
— Królu, pozwól mi w uczciwy sposób okazywać ci szacunek. Pozwól mi służyć twojej koronie jedynym majątkiem, jaki posiadam. Moim śpiewem. Jest to najcenniejszy dar, jaki córa z rodu Lewiego może ofiarować swemu władcy.
Podniósł się król ze swego wysokiego tronu i wzrokiem pełnym zachwytu spojrzał przez szlifowany diament na klęczącą przed nim dziewczynę.
Zgoła młodzieńczym głosem, w którym zabrzmiała nuta miłości, powiedział:
— Śpiewaj dla mnie, mów do mnie, córo Lewiego! Twój głos brzmi jak flet anioła poranka: anioł gra na flecie i ranne wstają zorze. On gra i dzień wstaje. Wstań więc i ty, córo rodu Lewitów. Twoje ciało to skrzypce śpiewające. To skrzypce w rękach Stwórcy. On gra i tworzy. On gra i burzy. I burząc także tworzy. Jakże bolesna jest radość, kiedy czujesz, że serce straciło najlepsze lata na milczeniu i dopiero teraz wyśpiewało swoje uczucia. Ale nie o to, córo z domu Lewiego, chodzi. Nie o twój śpiew dla Boga przeznaczony. Mnie chodzi o ciebie, któraś jest rzadko spotykanym naczyniem pełnym wonnego wina. Człowiek jest ślepy, córo z domu Lewiego. Jego własnością jest tylko to, czego dotknąć może ręka, ale nawet wtedy bywa oszukany. Ciebie chcę mieć w ramionach, albowiem tak jak śpiewająca jest twoja dusza, tak śpiewające jest twoje ciało. Pragnę zespolić moje ciało ze śpiewem twego ciała, z wiecznym śpiewem pramatki Ewy z raju. W ten sposób dotrę do Boga. Serce człowieka pełne jest pragnień i łaknień. Nie może zadowolić się nawet najprzyjemniejszą wonią swojej ofiary. Nie dla ryby jest unoszące się nad ziemią powietrze. Nie dla nietoperzy jest światło dnia. Nie tylko duchem człowiek żyje. Twój śpiew przeznaczony jest Bogu, zaś twoje ciało królowi. Tako rzekłem!
Niczym pantera zerwała się z klęczek dziewczyna. Podbiegła do drewnianej ściany i przywarła do niej rozpostartymi rękami tak mocno, że wydawała się jedną z jej złotych ozdób. Niskim głosem, jakby przemawiała z głębokiej otchłani, odpowiedziała:
— Nie, królu! To się nigdy nie stanie! Bo choć bogaty jest mój śpiew, to ciało moje biedne. Jakże więc potrafię nasycić serce, które korzystało z bogactwa śpiewu, moją biedą? Tak się rzecz ma z kwiatem. Dla nosa pachnie słodko, ale pod podniebieniem jest gorzki. Dziecko, które wzięło do ust kwiat, rozpłakało się. Tak więc, królu, to, o czym mówisz, nigdy się nie stanie! Przysięgam na dumę, która cechuje niewiasty z plemienia Lewiego.
Król Salomon stał w całym swoim majestacie i patrzył na dziewczynę przez swój kryształowy diament. Twarz nagle przybrała barwę różowego poranka, a mocne, perłowe zęby, żądne mięsa, odsłoniły się w uśmiechu pełnym pożądania. Opuścił rękę z diamentem i wtedy okazało się, że białka jego oczu nabiegły krwią jak u dzikiego, rozsierdzonego bawołu.