Twa chwała jest jak rosa, na polu rozpostarta,

Zaś gniew twój jako w górach burza.

Bo przez rosę i przez burzę łaska Boga na Kanaan15 spływa.

Tak śpiewała naga niewolnica, dziewczyna z domu Lewiego. I wszystkie tancerki zastygły w bezruchu. I nie poruszona stała przy ścianie starszyzna dworu. Także żaden z eunuchów nie ruszył się z miejsca. Stali na schodach z ręcznikami w dłoniach. I siłacze z Medii o błyszczących ciałach stali nieruchomo przy klatkach z lwami. Jakby zaczarowani zostali przez potężnych magów z Egiptu.

Harfistki i flecistki usiadły wokół niewolnicy i morze cichej, słodkiej melodii rozlały wokół niej.

I wtedy śpiew zniewolonej dziewczyny popłynął nad tym morzem dźwięków harf i fletów. Popłynął jak złoty statek o śnieżnobiałych żaglach.

Dwaj królowie przestali oglądać przez szkiełka niewolnicę i cali zamienili się w słuch. Lwy w klatkach wysoko podniosły łby i uważnie słuchały. I ze srebrnoniebieskiej wysokości sfrunął cietrzew, usiadł na skraju królewskiego baldachimu i z pochyloną głową wsłuchiwał się w śpiew dziewczyny. I tylko baty były w ruchu. Z coraz dłuższymi przerwami i z coraz mniejszym okrucieństwem. Po każdym uderzeniu bata śpiew stawał się czystszy i dziewczyna przestawała drżeć.

I za każdym świśnięciem bata jeden z królów zanurzał się coraz głębiej w tronie i coraz bardziej bladł. Drugi natomiast w tym czasie podnosił się i rósł w górę, a twarz przybierała purpurowy kolor jego szat. Z lubością oddychał pełną piersią, jakby powietrze zawierało same tylko wonności.

A dalej było tak:

Kiedy niewolnica skończyła śpiewać i pieśń jej rozpłynęła się wraz z ostatnim dźwiękiem harfy, skierowała wzrok ku ogrodowej bramie. Tam byli obaj królowie. Jeden wysoko wyprostowany na tronie miał twarz rozpłomienioną i oczy świecące niby diamenty. Uśmiechał się. I uśmiech ten wyrażał namiętność i pożądanie, a ruchy rąk wielki zachwyt.