— A kim ty jesteś?

Pierwszy król poczuł w sercu gniew Salomona, wyciągnął rękę i krzyknął:

— Tedy ja przysięgam na mój pierścień!...

I nagle głos mu się urwał. Pękł jak trąbka w ustach ugodzonego strzałą trębacza.

Zauważył na ręce drugiego swój pierścień. Zobaczył też swoją opadłą rękę. Na palcu zamiast pierścienia był czerwony ślad. Chciał zawołać „to ja jestem Salomonem”, ale głos uwiązł mu w gardle. Z wielkim trudem zdołał wyszeptać kilka pojedynczych, jak echo brzmiących słów:

— Jam jest Salomon...

I kiedy te, szeptem wypowiedziane słowa, doszły do jego własnych uszu, miał wątpliwość, czy wyszły z jego ust. Ogarnął go strach: dalekie słowa, obce, ciche, słabe echo słów drugiego króla. Zebrawszy tedy ostatnie siły jeszcze raz wyszeptał:

— Jam jest Salomon...

I ze strachem stwierdził, że sam nie wierzy własnym słowom. Zawstydzony odwrócił się i cichutko opuścił ogrodową bramę. Zstępując po marmurowych schodach przeszedł obok zdziwionych eunuchów o rumianych twarzach. Smutnym, tępym wzrokiem wpatrywał się w rysującą się w oddali przestrzeń, ziejącą pustką. Rękę, na której palcu pozostał krwawy ślad, wystawił do przodu. Jak żebrak wyciągniętą po jałmużnę dłoń.

Starszyzna dworu dalej stała szeregiem przy ścianie. I wszyscy jej członkowie dziwowali się temu, co widzieli. Przechodząc mimo nich, wyszeptał żałośnie po raz trzeci słowa, które w ustach drugiego króla brzmiały pewnie, iście po królewsku: