— Jam jest Salomon.
*
Bębnią bębny i łomocą talerze. I liczna jest rzesza złotych lwów. Trzaskają baty. Panuje rwetes16, harmider i tumult17.
Wybuch śmiechu wśród siłaczy z Medii: Kto zwraca uwagę na ranę w zabawie ze śmiercią?
— O, królu królów! Jakże różne są twoje zabawy!
— I jakże szczęśliwy jest twój dwór, kiedy jesteś zadowolony, kiedy patrzy na ciebie, nie mając już wątpliwości, kim jesteś.
Mężczyzna w purpurze minął bramę, i nikt się za nim nie oglądał. W jego oczach zagnieździła się pustka. Prawieczna pustka. Ciężko westchnąwszy, z uczuciem żalu, bolesnym, zdławionym głosem wyszeptał dalekie, obce, ciche, fałszywe echo obcych królewskich słów:
— Jam jest Salomon.
Turek
Wąska, kipiąca życiem ulica. Szyld obok szyldu. Gdzie tylko jakieś drzwi, tam sklep. Jeden z nich wyglądał jakoś dziwnie. Okiennice obciągnięte czerwonym suknem. Nad drzwiami duży, uszyty z płótna szyld. Na nim malunek: ni to skrzynia, ni to szałas, w połowie wypełniony sianem, czy też wodą. I na tym sianie albo w wodzie, leży jakieś dziwne, do innych niepodobne, zwierzę, z krótkimi łapkami, człowieczą głową i śledziowym ogonem. Nad nim stoi Turek z laseczką w ręku. W dalszym tle widać jakieś cudowne, trudne do rozpoznania kształty. Ni to góry lodowe, ni to domy w mieście.