Przed sklepem stoją dzieci i gapią się na szyld: „Morski człowiek!”. Z otwartych drzwi sklepu wylewają się na ulicę dźwięki katarynki. Wplatają się w kroki śpieszących przechodniów, niczym rozbiegane ptactwo domowe. Przez to wydaje się, że ulica stała się jakby ciaśniejsza.

Od czasu do czasu dźwięki katarynki zamierają. Dzieci wtedy w porę odsuwają się trochę od sklepu, bo wiedzą, że za chwilę wynurzy się stamtąd Turek-kataryniarz i właściciel dziwnego zwierzęcia.

I oto Turek stoi już w drzwiach. Jest mały, chudy i ma na sobie szerokie czerwone spodnie. Na grubym nosie duże, zbyt duże, okulary. Rzecz oczywista, na głowie nosi fez. Dzieci na jego widok robią jeszcze jeden krok do tyłu. Turek bowiem może z nimi postąpić po turecku. Może oblać je wodą albo rzucić w nie laską. To prawdziwy zbój. Dzieci boją się go jak ognia.

Nie zawsze jednak Turek był taki srogi. Z początku, kiedy jego interes nieźle prosperował i nie brakowało chętnych do oglądania morskiego człowieka, Turek lubił sobie nawet pożartować z widzami. Szczególnie umiłował sobie serdeczne gawędy z młodymi służącymi z mieszczańskich domów. Zatrudniał nawet wtedy dziewczynę przy kasie, gdyż sam zajęty był obsługiwaniem katarynki i demonstrowaniem owego dziwnego zwierzęcia.

Z biegiem czasu widzów ubywało. Chętnych do obejrzenia morskiego człowieka było coraz mniej. Na dodatek rozeszła się pogłoska, że pokazywane przez Turka monstrum, wcale nie jest zwierzęciem, że to właściwie chłopiec, któremu kataryniarz przyczepił ogon. Ponadto trzyma go w szklanej skrzyni wypełnionej wodą.

Tak twierdzili jedni. Drudzy natomiast utrzymywali, że to faktycznie zwierzę, ale nie aż tak ważne i ciekawe, żeby zasługiwało na oglądanie.

Stwór ma twarz bardziej psią niż ludzką i czasami słychać nawet, jak poszczekuje.

Jakby nie było, faktem jest, że Turek stracił klientelę. Dawno odprawił swoją kasjerkę i sam również się nie przepracowywał. Zdaje się, że ostatecznie pogodził się z faktycznym bankructwem swego interesu. Kiedy jednak doszły go słuchy, że ludzie uważają jego zwierzę za sztucznie podrobione, zafałszowane stworzenie, wpadł we wściekłą rozpacz. Nawet przed dwoma lub trzema widzami dwoił się i troił, żeby im udowodnić, że jest prawdziwe i o żadnym oszustwie nie może być mowy. Obracał przed nimi na wszystkie strony leżące w szklanej skrzyni zwierzę, pociągał je za ogon i starał się wykrzesać z niego znak życia. Ale nic z tego nie wyszło, bo akurat wtedy ogarnęła je melancholia. Pozwalało robić ze sobą wszystko, jakby było z gumy. Wreszcie po wielu wysiłkach udało się Turkowi wydobyć z niego jakiś słaby pisk.

— Aha! Słyszeliście? — krzyknął z radością. Kiedy ta grupka widzów odeszła, Turek znowu wpadł w rozpacz.

— I co z tego, że usłyszeli jego pisk? Na pewno uznali, że był sztuczny.