Wiedział doskonale, że się nie uratuje. Biedny głupiec! Poddał się natychmiast, zanurzył w swoich szerokich spodniach pod brzemieniem nagle spadłego na kark ciężaru. Tępe zęby wgryzły się boleśnie w jego ciało. Ze wszystkich sił starał się wyrwać napastnikowi. Na próżno. Żelazna ręka przycisnęła go prawie do samej ziemi i powoli obróciła jego twarz ku sobie. I oto Turek zobaczył z dołu parę ciężkich jak kolumny, szeroko rozstawionych nóg. Znajome i wrogie to były nogi. Ciało napastnika zasłaniało mu widok księżyca. Siłą rozpaczy uniósł w górę głowę. Z tej wysokości zobaczył znajomą, szeroką gębę właściciela sklepu, który śmiał się zadowolony.

I ta gęba ze swojej wysokości odezwała się przeciągłym, acz spokojnym głosem:

— Dokąd to Turek z pakunkiem pędzi w środku nocy?

— Dokąd pędzę? Do łaźni pędzę! — odparł nie zastanawiając się ani przez chwilę.

— Tak?

Turek opuścił głowę. Jeszcze raz spojrzał na jedną z dwóch ogromnych nóg właściciela sklepu i zmierzył wzrokiem odległość między tą nogą a swoim przygiętym do ziemi karkiem. Wtedy rozległ się z góry, jakby niebo pękło, ogłuszający istny lwi ryk.

— A czynsz za mieszkanie uiściłeś? Pytam, czy zapłaciłeś?

Potężna ręka właściciela uniosła Turka w górę i zaczęła nim mocno potrząsać. Od tego trzęsienia Turkowi zebrało się na wymioty. Wstyd mu było przed księżycową nocą, której spokój zakłócony został gradem krzyków.

Znowu nabrał odwagi i uniósłszy w górę głowę, rzucił prosto w twarz właścicielowi:

— U nas, jest taki zwyczaj.