— Do stołu królewskiego, mój panie.
A kiedy słońce osiągnęło zenit, Jerozolima była już daleko w tyle. Teraz droga wiodła wśród rozżarzonych winnic. Gdzie można znaleźć cieplejsze serce, jeśli nie tutaj, w tej słonecznej krainie? Królowa coraz bardziej przekonywała się do tej myśli. Zmęczona konną jazdą kołysała się w bezpiecznych ramionach swego wiernego, starego doradcy. Nagle w górach rozległy się dźwięki pastuszej fujarki. Z początku płynęły cicho, potem przybrały na sile. Wzmagały się, wibrowały i drżały w upale tak samo jak tamtejsze powietrze na błękitnym tle nieba. Dźwięki fujarki rozpływały się w przestrzeni i ginęły jak topniejący cukier w niebieskim, czystym napoju.
Nim królowa zdążyła wyrazić swoje życzenie, Awner zatrzymał konia. Zawsze potrafił odgadnąć w porę jej myśli. Zasłonił oczy przed rażącym słońcem i zaczął niecierpliwie szukać wzrokiem jakiejś żywej istoty wśród otaczających ich winnic. Nagle, nad górą przeleciał orzeł. Leciał dostojnie i poważnie. Długo wlókł za sobą po piasku swój cień.
Na przeciwległym wzgórzu kąpała się w słońcu winnica. Na białym, czystym piasku wylegiwał się chłopiec. Leżał na brzuchu. Łokcie wbił w piasek, a nogami zgiętymi w kolanach wymachiwał w powietrzu. To on właśnie grał na fujarce. To on wypełniał całą okolicę przeciągłą pieśnią słoneczną:
Jakże słońce jest jasne!
Jakże miła jest moja młodość!
Ja i słońce, i góry, i skały.
Bądź błogosławiona, szczęśliwa moja ojczyzno!
Takie to myśli i uczucia wygrywał. A jego głowa złociła się płomiennie w promieniach słońca. Zdawało się, że ma na niej jakieś czerwone nakrycie.
— Trzeba go zapytać, czy nie ma czasem siostry.