— Tobie jest dobrze, Salomonie! Zazdroszczę ci. Twoje budowle podniecają jeszcze bardziej niż wino. — A zwracając się do królowej: — Ten oto pałac przed twoimi oczami zbudował Salomon dla swego Boga. Pali w nim kadzidło i składa ofiary. Wszystko to odbywa się przy śpiewie chóru i dźwiękach harf.
— A drugi pałac? A tamten?
— Wzniósł dla swojej królowej.
— Dla córki faraona? Dla tej czarnej?
Królowa Saby znowu przytuliła się do srebrnej, gęstej brody Awnera. Ukryła w niej niemal całą twarz i cicho popłakiwała.
— Salomonie, Salomonie! Tyś zawładnął całym moim jestestwem. Opanowałeś moje ciało i wzburzyłeś moją krew. Gdyby moi rodzice widzieli, jak ich córka się męczy, zmartwiliby się ogromnie. Nie patrz na mnie, Awnerze, kiedy płaczę. Nie patrz, wierny mój sługo, i nie staraj się mnie pocieszać. Nie rób tego! Zabraniam ci!
Wąską, delikatną dłonią próbowała zasłonić dużą twarz starca. On zaś przylgnął wargami do jej palców i całował kolejno wszystkie.
Tymczasem kary koń niósł ich dalej, po krętych ścieżkach wijących się wśród gór i dolin. Miasto zostało daleko w dole. Niepostrzeżenie rumak przeszedł ze stępa w kłus.
I nagle, dość raptownie ukazało się słońce nad Syjonem. Gdzieś tam pastuch zadął w róg. Z gór jęły zbiegać stada owiec. Białe i szare. Kłębiły się w biegu jako żywo przypominając spadający strumień wodospadu w blasku słońca. Tu i ówdzie wyłaniał się na drodze ciężko obładowany osiołek i sunący za nim poganiacz. Od czasu do czasu mijały ich postacie wysmukłych i zgrabnych kobiet z dzbanami na głowach. Nad drogą unosił się gęsty obłok kurzu. Niebieski w cieniu i czerwony w świetle słońca. Nagle rozległ się szum. Wydawało się, że za chwilę spadnie ulewny deszcz. Awner zjechał nieco z drogi, aby przepuścić stado półdzikich wołów. Poganiacze krzycząc strzelali z batów. Woły pędziły z pyskami opuszczonymi ku ziemi. Nozdrza rozdęte. Oczy nabiegłe krwią.
— Dokąd to? — pyta Awner jednego z poganiaczy.