Oczy Szmula wypełniają te zygzakowate ścieżki pustej doliny długimi, rozciągniętymi szeregami maszerujących grup ze sztandarami w rękach i śpiewem na ustach. Sen Szmula odnosi się do owych dni, kiedy dolina uginała się pod ciężarem i zgiełkiem wzburzonego tłumu, a kominy fabryczne nie dymiły. Jakby pod czystym niebem wystygły i stały się zbędne.
Teraz dolina znowu świeci pustką i niebo znowu zaciągnięte jest dymem. I pozostała na niej pamiątka po tamtych dniach: krzyż przy drodze — miejsce, na którym dokonana została wielka rzeź.
Także tutaj, na tym cmentarzu pozostała pamiątka. Szmul stara się ją odszukać i szybko znajduje tuż przed sobą, w głównej alei.
Znajduje więcej niż szukał i to zwalnia go od potrzeby wstawania z ławki. Siedzi więc dalej i patrzy na otwartą przed nim aleję.
Tam, gdzie niskie kamienne grobowce utrzymują się na ciężkich łańcuchach wokół bezkształtnego nagrobka z czerwonego kamienia, stoi mała kobieta w czarnym, dużym kapeluszu, który opada na jej wąskie ramiona. Stoi bez ruchu, jakby zastygła. Jakby była z tego samego kamienia, co nagrobek. Ręce trzyma w kieszeniach płaszcza. Trzyma je tak, jakby były przywiązane do reszty ciała. Patrzy na wykutą w kamieniu rękę trzymającą młot. Na macewie widnieje wypisane złotem jedno słowo „Dawid”. Od tego słowa odbijają się krwawe promienie zachodzącego słońca. I tak jak nieruchomo stoi przy nagrobku kobieta, tak samo w bezruchu, siedzi na ławce Szmul.
Od rogu cmentarza, gdzie stare nagrobki w puszystych jarmułkach pochylają się nisko przed słońcem, dochodzi do niego cieniutki, drżący płacz. Cicha serdeczna skarga nieszczęśliwego człowieka, który przyszedł na cmentarz, żeby wylać swój sierocy ból przed bliską zaśnieżoną kamienną płytą. Do delikatnego, drżącego płaczu przykleja się natychmiast starczy ochrypły skrzeczący głos i delikatny płacz zostaje zagłuszony. Ale wysila się, żeby cały przybytek zmarłych go usłyszał. Ochrypły, skrzeczący głos nie daje za wygraną. Nabiera mocy i zwycięża.
Delikatny płacz zamienia się w rozpaczliwy, histeryczny, nieustający pisk. Wtedy gruby ochrypły głos przechodzi w jedno głośne skrzeczenie. I tak podnoszą się i opadają równocześnie ostro piszczące i głośno skrzeczące głosy. Przebijają zaśnieżone płyty, żeby przybytek zmarłych je usłyszał i zrozumiał.
Kobieta przy czerwonej macewie zwiesza głowę między ramiona. Zgina się jakby pod ciężarem swego czarnego kapelusza i szybkim krokiem odchodzi. Wtedy Szmul wstaje z ławki i wychodzi jej naprzeciw. Pozdrawiają się bez słów i razem opuszczają cmentarz.
Odzywa się Szmul:
— Przyszedłem, żeby się pożegnać z Dawidem. Dziś jeszcze wyjeżdżam.