— Nie wiem. Może.

Leon nie posiadał się ze zdumienia. Jak to się stało, że w tym delikatnym, czystym, niewinnym ciele ukryły się takie złe, brudne, fałszywe moce diabelskie?

Za nic nie mógł tego pojąć. Nawet teraz, kiedy mieszkał z dala od niej i siedząc w swojej samotni miał dużo czasu na myślenie.

Z jednego zdawał sobie sprawę. Był pewny, że musiał opuścić dom, inaczej zbiłby Basię. Tylko tego brakowało.

Doskonale rozumiał i współczuł mężom, którzy biją niewierne żony. On także bił. Zaciskając zęby i płacząc w swojej samotni, niemiłosiernie okładał Basię pięściami... Rzecz jasna, w wyobraźni.

Kochanka Basi też by załatwił, ale nie wiedział, kto nim jest. Toteż jego pięści trafiały w próżnię. Nie ma tego amanta. Jest tylko liścik i uparte milczenie Basi. Dopiero teraz Leon poczuł gorzki smak braku informacji o sprawach, które dotyczą go bezpośrednio. Mniejsza już o dom i o Basię. Chodzi o jedyne dziecko, z którym się rozstał z nie do końca wyjaśnionego i chyba mało ważnego powodu. Ale zaraz, zaraz! Ten powód jest jednak istotny, inaczej by chyba nie uciekł z domu. Dobrze, ale czy sprawa została wyjaśniona? Być może nigdy nie zdoła jej wyjaśnić. Jedno nie ulega wątpliwości. Życie jego jest zrujnowane.

Leon Brojner był zdolnym pisarzem. Nie poruszały go ludzkie nieszczęścia. Dla niego nieszczęście było tylko tematem noweli. Człowiek, który stracił ręce i nogi, mógł być dla niego nawet tematem humoreski. I teraz ten pozbawiony rąk i nóg bohater jego humoreski zjawił się przed oczami cierpiącego Leona.

— Zgrzeszyłeś piórem! — powiedział do Leona. — Bardzo zgrzeszyłeś! Czy to przeżywałeś, kiedy na papierze uczyniłeś mnie nieszczęśliwym kaleką?

To prawda! Serce go z tego powodu nie bolało. On, pisarz, twórca bohaterów, z którymi powinien dzielić ból, wcale się nie przejmował ich losem. Nie współczuł im, ponieważ sam nie cierpiał. Nie zaznał łaski cierpienia. Teraz, kiedy nagle zobaczył świat przez pryzmat własnego bólu, doznał szoku. Wszystko, co dotąd napisał, wydało mu się sztuczne i nieprawdziwe. Błahostki. Widocznie dobrze opanował sztukę pisarską, bo potrafił olśnić czytelnika barwnym, powierzchownym opisem, pełnym wyszukanych słów. Nie, Leon nie będzie więcej pisał. Odsunął się od biurka i starał nie patrzeć na swoje pióro. Niech zardzewieje. A jeśli zacznie pisać, to będzie pisał nie atramentem, ale krwią. Krwią ze swego serca. Pisarz bowiem, który w sercu przechowuje „czerwony atrament”, który obdarzony jest łaską cierpienia, staje się oszczędny w słowach. Patrzy z zazdrością na kartkę, która pierwsza utrwali to czerwone, z serca płynące słowo. Leon nie mógł się rozstać ze słowami, które zbierały się w jego sercu. Czuł je tak, jakby były dojrzałymi, czerwonymi jabłkami. Czuł ich ciężar, wyczuwał, że są soczyste, i zamiast sięgnąć po pióro, zaczął krążyć po pokoju z założonymi rękami. Miał złudzenie, że pisze.

— Koledzy literaci! Dla nas własne cierpienia to duchowa dezynfekcja. Życzę wam, żebyście tych cierpień mieli jak najwięcej.