Leon nie myślał jednak o swoim nieszczęściu. Snuł w myślach powieść, która zaczynała się od tańca Hanki w atelier Rytowa. Ten oto epizod nabrał w jego wyobraźni krwi i barwy. Zabrzmiał jak prawdziwy krzyk duszy. Co za wspaniały poemat mógłby powstać ze smagłego ciała i wielkiego cierpienia, jeśli taniec Hanki był pierwszym jego akordem. Temat poematu przerastał jednak bohaterkę. Jeśli Hanka posłużyła za modelkę do nagrodzonego obrazu Rytowa Ewa, to była w tym zasługa jej ciała. Leon jednak chciał wydobyć z Hanki coś więcej niż piękne ciało. Chciał wydobyć z niej cierpiącą duszę. Jednak Hanka, którą Leon znał, była dla jego poematu zbyt słabym wzorem bohaterki. Gdyby tylko o Hance wiedział więcej niż o swojej Basi i sobie samym! Gdyby tylko więcej wiedział o tych wszystkich mglistych, poplątanych drogach, które doprowadziły go do nieszczęścia.

I nagle Leon stracił zaufanie do swojej niegdyś niezawodnej intuicji. Poczuł się jak pies gończy, który zgubił ślad. Było to ze wszech miar bolesne uczucie. Pozbawiło go siły twórczej i zostawiło sam na sam z cierpieniem. Dotychczas potrafił znaleźć pocieszenie przez wnikanie w cudze cierpienia. Na własne cierpienia nie miał czasu.

Dziś miał czasu aż za dużo. Stał się odludkiem. Pędził żywot mnicha. Interesowała go tylko redakcja. Jedynym człowiekiem, który przynosił mu wieści ze świata, był Szajke. On znalazł drogę do jego samotni.

Z początku Leon przyjął go niezbyt życzliwie. Był bowiem zły na cały świat.

— Skąd się tu wziąłeś? — ryknął. — Jak tu trafiłeś? Kto ci powiedział?

Szajke spokojnie i dobrodusznie odpowiedział:

— Basia.

Rozdygotany Leon chwycił go za ramię tak mocno, jakby to były nie ręce, ale obcęgi:

— Przychodzisz do Basi? Co masz do niej?

— Puść, Leonie! Zabierz ręce!