Stare miasto
Kiedyś ten labirynt wąskich uliczek przebiegających między wysokimi, szarymi kamienicami był sercem Warszawy. Obecnie jest już tylko peryferyjną dzielnicą miasta. Przywodzi na myśl jakąś narośl na zdrowym ciele. Na ciele nowoczesnego miasta, w którego żyłach jakoś inaczej płynie krew i serce bije inaczej.
Żydzi nazywają to miejsce Starym Miastem. Ma ono sobie tylko właściwą specyficzną atmosferę. Nawet powietrze w nim jest zupełnie inne niż w pozostałych dzielnicach Warszawy. I ludzie tutaj inaczej wyglądają. Odnosi się to zarówno do Żydów, jak i do nie-Żydów. Wszyscy tu mają twarze jakoś poszarzałe i jakby przywiędłe. Jakby kurz dawno minionych lat i dawnych pokoleń wgryzł się w fałdy ich ubrań i przykleił się do zmarszczek na ich twarzach. Słowem, panuje tu istna szarzyzna. Ludzie chodzący po uliczkach wloką za sobą cienie szarych, wysokich kamienic. Chodzą wąskimi chodnikami prawie przylepieni do murów. Przytuleni do nich niczym dzieci do kolan matki. Wąskie, choć wysokie kamienice sprawiają wrażenie, jakby stały na spuchniętych nogach. U dołu są bowiem szersze niż u góry. Szare ściany ześlizgują się na brudny chodnik, jakby szukały w nim oparcia przed gwałtownym upadkiem. Nie ma tu zwykłych, typowych bram. Wąskie, obdrapane z wiekowej farby drzwi prowadzą do tonących w ciemnościach korytarzy. W nocy oświetla je jedna, zwisająca z sufitu lampa. Te ponure, ciemne, zawsze otwarte korytarze rzucają strach na wąską uliczkę. Wydaje się, że wołają: Ludzie, miejcie się na baczności! Pamiętajcie, że na świecie grasują czarownice. W każdym zakątku czyhają na was biesy! I ludzie, znacznie gorsi od wszelakich biesów. Nie na próżno przecież stoją w niszach wykutych w murach kamienic na wiecznej warcie Madonny i Święci. Mury są stare, szare i zapuszczone, ale Madonny świecą czystym blaskiem sukien stale i systematycznie zamalowywanych błękitną, niebiańską farbą. Wieńce zdobiące ich głowy składają się zawsze ze świeżych, pachnących kwiatów. W ten sposób wierni chrześcijanie wyrażają im swoją wdzięczność za ich wieczną opiekę i trwanie na warcie.
Po cienistych uliczkach snują się ludzie-cienie. I kiedy do wąskiej przestrzeni między wysokimi murami wdziera się kawalątek słońca, uliczka traci swoją dotychczasową szarą całość. Ulega rozbiciu na kilka ostrych zakątków i na szereg krzywych pasemek. Wydaje się, że za chwilę całkiem się rozpadnie, bo oto przerażone ludzkie cienie wydają się uciekać jak najdalej od uliczki po to, żeby znaleźć ocalenie przed grożącym tu niebezpieczeństwem. Chcą jak najszybciej wydostać się z tego miejsca, przypominającego dziurawy rękaw. Chcą dobiec do starego rynku. Tam, w pełnym świetle słońca, przyjdą do siebie, odzyskają pogodę ducha.
Jeśli dawniej Stare Miasto było sercem Warszawy, to stary rynek jest sercem tego serca.
Stary rynek swoim kształtem przypomina czworoboczną skrzynię. Jej bokami są czteropiętrowe na ogół kamienice o trzech lub czterech oknach. Wszystkie są szare ze starości i jedna do drugiej jakby podobna. To jednak tylko złudzenie. Każda bowiem kamienica posiada własną, niepodobną do innej twarz. Twarz z niepowtarzalnym wdziękiem. Wdziękiem podupadłego arystokraty. Jeśli tak jest, to co je trzyma razem? Co sprawia, że szczelnie do siebie przyciśnięte trzymają się twardo ramię przy ramieniu? Widocznie dlatego że wszystkie jak jeden mąż wpatrują się swoimi pozbawionymi powiek oczami w siedzącą na cokole, w samym środku rynku, syrenę. Prawdziwa czarodziejka z tej warszawskiej Panny Wodnej o bezczelnie obnażonych piersiach i zagiętym ogonie rybim. To ona właśnie, ze swoją tarczą i mieczem, rzuciła czary na stare kamienice. To ona przykuwa wzrok stojących na warcie w niszach kamienic Madonn i Świętych.
Czworoboczny rynek przypominający zamkniętą skrzynię nie jest normalnym placem targowym. Jest raczej podobny do ogromnej izby bez dachu. Wspólnej izby na użytek wszystkich tutejszych mieszkańców. Bawią się na nim dzieci. Hasają wokół syreny. Daleko od niej nie odbiegną. Nie potrafią. Syrena na nich także rzuciła czary. Na schodkach cokołu siedzą stare kobiety i liczą oczka w pończochach. Smutne prowadzą rozmowy. Uskarżają się na swój los. Jedna skarży się na to, że jej mąż grosza nie zarabia, druga, że mąż jej pije i na dodatek bije. Trzecia zaś obu im zazdrości, bo jej mąż od dawna już spoczywa w grobie. W letnie wieczory przechadzają się po placu robotnicy w samych kamizelkach. Do ust przylepione mają papierosy. Często zatrzymują się przy cokole, na którym siedzi Panna Wodna i odbywają długie rozmowy.
Są tu sami swoi. Swoja też jest ta ogromna izba bez dachu. Czują się tu wolno i swobodnie tu oddychają.
Żydzi i Polacy są tu sobie jakoś bliżsi niż gdziekolwiek w Warszawie. Ciężka bieda jednakowo ich dotyka. Jednakowo ich przytłacza. Na Starym Mieście bogacze nie mieszkają. Cienie minionych pokoleń Żydów i Polaków są tu ze sobą splecione wspólną tajemnicą.
I oto właśnie widzimy, jak na placu przy Pannie Wodnej, zatrzymali się dwaj robotnicy. Po skończonej robocie, w drodze do domu spotkali się i przywitali. Rozmowę zagaił jasnowłosy, rosły robotnik: