— Jak tam u ciebie z pracą?

Pytanie nie należało do zdawkowych. Nie chodziło mu o to, żeby byle co powiedzieć. Był po prostu ciekaw, czy kolega ma stałą pracę i czy z tej pracy jest zadowolony. Zapytany po krótkim wahaniu odpowiedział:

— Izraelu, szczerze ci powiem, jak jest z moją pracą. Nie leży mi ona na sercu. Powiedz sam, czy malowanie kwiecistych szlaczków na ścianach mieszkań przy ulicy Franciszkańskiej jest właściwą pracą dla takiego jak ja prawdziwego malarza? Oby tych brzuchatych facetów szlag trafił! Czy po to warto było mnie, Szajce, przyjechać do Warszawy?

Blondyn poklepał go po ramieniu i powiedział:

— Bądź cierpliwy. Poczekaj. Nie od razu Kraków zbudowano.

Człowiekowi patrzącemu na nich z boku mogło się wydawać, że tylko jeden z nich był prawdziwym robotnikiem. Na robotnika właściwie wyglądał Szajke. On bowiem miał na sobie koszulę i spodnie upstrzone rozmaitymi kolorowymi farbami używanymi przez pokojowych malarzy. Prawdziwa paleta. Zdziwienie budził tylko fakt, że tylna część jego ubrania także pokryta była wielobarwnymi plamami.

W przeciwieństwie do Szajki, Izrael miał na sobie czyste, porządne ubranie, ładną koszulę z miękkim kołnierzykiem i krawat. W ręku laska i na palcu złoty pierścionek ślubny. Ale złotem błyszczał nie tylko palec. Kiedy uśmiechając się otwierał usta, złotem błyskały jego zęby.

— Nie masz cierpliwości, Szajke — łagodnym głosem skarcił go Izrael. — Zrozum, że Warszawa to nie miasteczko. To głęboka otchłań. Tu tylko dzięki cierpliwości i energii do czegoś dojdziesz. Czy byłeś już u Rytowa?

— Właśnie od niego wracam.

I mówiąc to Szajke zagapił się na dach jednej z wysokich kamienic. Patrzył i patrzył. Wzroku nie mógł od niego oderwać. Oto bowiem dostrzegł wśród czarnych od starości dachówek szeroką, szklaną, czworoboczną łatę.