— A niech go jasny piorun trzaśnie! Ma teraz u siebie modelkę.

Izrael przerwał mu dalszy tok wywodów:

— I w tym ubraniu byłeś u niego?

Szajke z początku nie zrozumiał pytania Izraela. Ze zdumieniem w oczach spojrzał na niego. Dostrzegłszy, że ten krytycznie ogląda jego usiane plamami ubranie, połapał się, w czym rzecz i natychmiast wybuchnął śmiechem. Wąziutkie jego oczy nagle przekształciły się w skośne szparki otoczone cienkimi zmarszczkami.

— Prawdziwy Chińczyk — szepnął jakby do siebie Izrael.

— A ty uważasz, że powinienem był na jego cześć przebrać się w porządny garnitur? Kim właściwie jest ten Rytow? Czy nie takim samym jak ja malarzem?

— Tak, ale z pewną małą różnicą. Rytow to znacząca już dziś postać. To sławna szycha. To malarz obsypany wieloma nagrodami.

— Tfu! Widzę, że i z ciebie, Izraelu także zrobił się już burżuj. Dlatego, że on posiada własne atelier, że może sobie pozwolić na kupno płótna bez ograniczeń, że stać go na modelkę, że piszą o nim w gazetach, ja, Szajke, mam się przebierać? Ja Izraelu, wracam z roboty.

I mówiąc to, uderzył się w pierś. Od tego uderzenia tuman kurzu wystrzelił z jego koszuli.

Izrael widząc, że go nie przekona, dał za wygraną. Uśmiechnął się i zapytał: