Podniósł głowę i wlepił wzrok w dach kamienicy. W jego „chińskich” oczach tlił się jakiś promieniejący płomyk i na wargach błąkał się uśmiech niewinnego dziecka. Na dachu stał chłopczyk i machał w powietrzu kijem pięciokrotnie dłuższym od siebie. Do kija przywiązana była szmata. Powiewał nią, tak jakby odprawiał jakieś czary. Może chciał przemalować całe niebo wiszące nad rynkiem Starego Miasta? A może machał szmatą na zachodzące słońce, bo chciał je zatrzymać. Prawda okazała się prostsza. Chłopiec dyrygował gromadą srebrzystych gołębi. Wysoko w powietrznej przestrzeni krążyły srebrzystobiałe ptaki. Miało się wrażenie, że to nie ptaki, ale kwiaty, które wysypywały się z różowego obłoku. Kiedy gromadnie spadały koszącym lotem na dach, zamieniały się w jedną, dużą stertę czarnych szmatek, po czym natychmiast zrywały się znowu do lotu i znowu upodobniały się do srebrnych kwiatów. I w tej właśnie chwili zapłonęły od obłoku pod słońcem różowym kolorem. Ochłonąwszy od tego widoku Szajke wrócił do przerwanej rozmowy:

— W moim miasteczku Izraelu, indyki o tej porze idą już spać. Przytulają się do siebie, opowiadają sobie wczorajsze sny. A brzmi to tak:

— Tiu-liu! Lu, lu, lu! Tiul, tiul, tiul.

Te dźwięki wyraził Szajke gwizdaniem. I robił to znakomicie. Uzmysłowił Izraelowi treść owych dźwięków w taki sposób, że ten wybuchnął głośnym śmiechem, po czym zawołał:

— A niech cię licho porwie, ty mój poeto!

Ty mój gwizdaczu. Dobranoc.

Przełożył z jidysz Michał Friedman

Niniejszy fragment pochodzi z pierwszej części powieści Altera Kacyzne Silni i słabi.