— Tak, dlaczego krzyknąłem? — rzekł głosem zmienionym, głosem dla mnie nowym. — Nie wiedziałem, żem krzyknął. Rożenku, nie widziałeś tu nikogo? Jakiś człowiek pchnął mnie w cieniu dosyć silnie, uderzył mnie pięścią w kark.
— Chodź, podnieś się, mój dobry mistrzu — rzekłem.
Uniósł się, ale znów ciężko opadł na ziemię. Usiłowałem go podnieść, a dotknąwszy jego piersi dłońmi, uczułem, że jest mokra.
— Krwią broczysz?
— Czyż tak? Jestem człowiekiem umarłym, zabił mnie. Myślałem z początku, że to tylko silne uderzenie, ale to rana, z której czuję, że się nie wyleczę.
— Kto cię ugodził, drogi panie?
— To ów Żyd. Nie widziałem go, ale wiem, że to on. Jakże mogę wiedzieć, że to on, chociaż go nie widziałem? Ileż to dziwnych rzeczy, nie do uwierzenia, nieprawda, Rożenku? Mam w ustach smak śmierci, którego nie można określić... Tak miało być, mój Boże! Ale dlaczego tu raczej, a nie gdzie indziej. Oto tajemnica. Adiutorium nostrum in nomine Domini... Domine, exaudi orationem meam...322
Modlił się z cicha czas jakiś, po czym:
— Rożenku, mój synu — rzekł — weź te dwie butelki, które wyciągnąłem z pudła i postawiłem tu obok. Nie mogę więcej... Rożenku, jak ci się zdaje, gdzie jest rana? Najwięcej boli mnie w karku, zdaje mi się, że życie spływa mi wzdłuż łydek. Mroczy mnie.
Szepcząc te słowa, zemdlał z wolna na mych rękach. Chciałem unieść go, ale nie starczyło mi sił i tylko rozciągnąłem go na drodze. Rozpiąłem koszulę i znalazłem na piersi ranę, małą i słabo krwawiącą. Rozerwałem swe mankiety i przykryłem strzępami ranę. Zarazem wołałem, krzyczałem o pomoc. Wkrótce usłyszałem, że spieszą mi z pomocą od strony Tournus, i poznałem, że zbliżył się pan d’Astarac.